sobota, 21 maja 2016

Chapter 23.



Rozdział dedykuję wszystkim, którzy wciąż tutaj wchodzą i nadal mają chęć czytać to badziewie... 
Szczególne podziękowania dla Paulinki i Madzi za ogromne wsparcie, kiedy moja wena zawodziła :) Tym, którzy wciąż tu są dziękuję za niesamowitą cierpliwość i za to, że wciąż tu jesteście! <3 

Złocista łuna, dumnie wniosła się do centrum widnokręgu i rozesłała swoje promienie we wszystkich możliwych kierunkach, oświetlając całą planetę i jednocześnie zarażając absurdalnym optymizmem wszystkich jej mieszkańców. Na dodatek okoliczne ptaki zaczęły swój poranny koncert, zachęcając wszystkich do wyjścia na świeże powietrze. Niebo było nienagannie błękitne, nie można było doszukać się ani jednej chmurki. Delikatny wietrzyk umilał swoim towarzystwem wędrówkę każdemu mieszkańcowi Melodii. Zapowiadał się piękny dzień, ale czy dla wszystkich? 

Wszystkie te przyrodnicze czynniki nie zdołały obudzić jednak jednej osoby. Dobrze znanego wszystkim buntownika, który dzisiejszą noc spędził na sporych rozmiarów gałęzi. Udało się tego dokonać Ryanowi, który właśnie rozpoczynał swój patrol. Widząc specjalistę śpiącego na drzewie w pierwszej chwili zdziwił się niemało, a następnie zaśmiał. Z całą pewnością nie był to codzienny widok. Krzyknął głośno jego imię, unosząc głowę do góry. Riven natychmiastowo wyrwał się z krainy snów i boleśnie uderzył tyłem głowy o pień. Skrzywił się natychmiast, a potem burknął pod nosem łańcuch niezrozumiałych dla Ryana wulgaryzmów. Potem spojrzał na niego z wyrzutem i prychnął niezadowolony. 
- Czego? - warknął nieuprzejmie, masując dłonią obolałe czoło i pocierając jednocześnie zmęczone oczy. 
- Co tam robisz?- zawołał rozbawiony Ryan, patrząc na niego z politowaniem.
- Siedzę.- buntownik podał chyba najbardziej skromną, lecz także najbardziej absurdalną odpowiedź z możliwych.- A co? Nie wolno?- zapytał zgryźliwie, mrużąc przy tym oczy. 
- Co ty taki nie w sosie? 
- Wyobraź sobie, że jeszcze przed chwilą smacznie sobie spałem, tylko jakiś idiota musiał mnie obudzić.- specjalista uśmiechnął się sarkastycznie po czym zgrabnie zeskoczył z gałęzi na ląd. 
Ryan, kiedy tylko ujrzał przyjaciela z bliska, aż się cofnął. Riven wyglądał jak siedem nieszczęść. Włosy były w jeszcze większym nieładzie niż zazwyczaj, sine wory pod oczami działały odpychająco na każdego, kto tylko spojrzał na specjalistę. Na dodatek jego skóra zdawała się być nienaturalnie blada, a jego grobowa mina, jedynie dodatkowo pogarszała całokształt. 
- Co ty robiłeś w nocy?- zdziwił się Ryan, kiedy dokładnie przebadał wzrokiem przyjaciela. 
- Spałem.- specjalista wzruszył teatralnie ramionami, chcąc jak najszybciej zakończyć ten temat. Tak naprawdę spał niewiele. Zaledwie dwie godziny. Przez cały czas wpatrywał się przez szybę do komnaty księżniczki, która spokojnie przespała całą noc, po prostu nie mógł od niej oderwać wzroku. Całe szczęście, że nikt go na tym nie przyłapał. 
Granatowowłosy natychmiast sięgnął po leżący nieopodal hełm, który prawdopodobnie spadł w nocy z drzewa. 
- Ubierz to.- mruknął podając go Rivenowi.- Tak będzie lepiej dla wszystkich.- dodał po chwili, na co specjalista wywrócił jedynie oczami. Nie mówiąc już nic, uczynił to, co poradził mu przyjaciel. 
- Xavier Cię szukał.- oznajmił Ryan.- Nie złożyłeś mu raportu ze swojego patrolu.
- Zapomniałem.- burknął specjalista, uderzając się w czoło, a następnie bez słowa ruszył do pałacu. Granatowowłosy pokręcił jedynie głową z dezaprobatą, po czym poszedł w swoją stronę. 



****


Tymczasem Musa leniwie przewróciła się na drugi bok. Do jej pokoju wpadły niepożądane promienie słońca, które przebijały się przez jedwabne zasłony. Mruknęła rozleniwiona i powoli podniosła się z łóżka. Przetarła rękę zaspane oczy i głośno ziewnęła. Wstała i powoli okręciła się wokół własnej osi, a następnie podeszła do okna i oparła się rękami o parapet. Wyjrzała przez szybę i natychmiast się uśmiechnęła. Pogoda była wprost przepiękna. Zachwycona czarodziejka, aż otworzyła okno i z radością wyjrzała na zewnątrz, wdychając intensywnie woń okolicznych kwiatów. Obserwując bujną roślinność, Musa natychmiast przypomniała sobie o Florze, jak i pozostałych przyjaciółkach. Tęskniła za nimi i to potwornie..tak strasznie dawno z nimi nie rozmawiała...brakowało jej nawet tych sprzeczek ze Stellą, który były dla niej praktycznie codzienną rutyną, kiedy jeszcze przebywała w Alfei. Ciekawe co u nich słychać? Jak sobie radzą? I co myślą o tej całej sytuacji? Czy są na nią złe? Czy może jednak martwią się o nią? Kto wie, może to jedno i drugie. I co się dzieje z Laylą? Musa wzdrygnęła się na myśl o swojej najlepszej przyjaciółce. Wciąż miała przed oczami okropny obraz jej ciała spoczywającego w totalnym bezruchu. I kim jest ten mężczyzna, który objawił jej się we śnie? Czego od niej chce? I czy dotrzymuje słowa? Czy faktycznie trzyma Laylę przy życiu, czekając na nią? Musa miała szczerą nadzieję, że tak właśnie jest, mimo, iż ten mężczyzna na pewno nie wyglądał na uczciwego człowieka. 
Rozmyślając o tym wszystkim, jej dobry nastrój jaki wywołała u niej nienagannie piękna pogoda, prysnął w jednej chwili niczym bańka mydlana. Jej humor pogorszył się jeszcze bardziej, kiedy przypomniała sobie, co czeka ją dzisiejszego dnia. Miała ogłosić przed wszystkimi swoje zaręczyny. Jeszcze parę tygodni wcześniej zupełnie inaczej wyobrażała sobie przyszłość. Wtedy przez myśl by jej nawet nie przeszło, że zostanie wprost zmuszona do poślubienia zupełnie obcego mężczyzny. Nie mogła wyobrazić siebie jako żony księcia. Jej nastrój uległ minimalnej poprawie, kiedy uświadomiła sobie, że przecież ślub nie dojdzie do skutku. Tylko Musa o tym wiedziała. Martwiła się zatem co stanie się z Melodią..jeżeli tylko ślub z Orlandem jest w stanie ostatecznie przypieczętować pakt, który daje szansę na ocalenie planety, to co będzie, kiedy ona- Musa, na której barkach spoczywa teraz całe jej bezpieczeństwo- zniknie nagle bez śladu? Czarodziejka wzdrygnęła się, uporczywie szukając rozwiązania tego problemu. Nie mogła pozostawić tego wszystkiego własnemu biegowi. Było to zdecydowanie zbyt wielkie ryzyko. Z drugiej strony nie chciała nikogo wtajemniczać w szczegóły, które znała tylko ona. Wiedziała, że gdyby ktokolwiek dowiedział się o tym, co planuje zrobić, zostałaby natychmiast powstrzymana, a wtedy Layla...ugh, Musa nawet nie mogła dopuścić do siebie tej myśli. Musi wypełnić swoje postanowienie, musi uratować przyjaciółkę, bez względu na wszystko! Nie ważne jakie by to miało przynieść konsekwencje. Ale o planecie musiała także pomyśleć. Nie widziała innego wyjścia, jak...
Nagle przyszedł jej do głowy pewien, dosyć spontaniczny, pomysł. Jednak był on pierwszy i wyglądało na to, że jedyny. Nie zastanawiając się już długo nad tym, opuściła swoją komnatę i puściła się biegiem po okazałych korytarzach. Sprawnie zbiegła ze schodów, a w głównej sali znowu zastała całkiem sporą gromadkę osób, choć było ich o wiele niej niż wczoraj. Większość z nich miała na sobie zbroje i hełmy. Byli to zapewne ci sami wojownicy, których widziała po raz pierwszy poprzedniego dnia. Była ciekawa co to za jedni i w jakim celu tu przyjechali. Przystanęła na chwilę i przesunęła wzrokiem po każdym z osobna. Zauważyła, że jeden osobnik zdecydowanie za długo jej się przygląda. Chciała to zignorować, ale dziwny dreszcz przeszedł jej po plecach, kiedy tylko na niego spojrzała. Co za dziwne uczucie...czarodziejka pokręciła szybko głową i natychmiast odwróciła wzrok. Na końcu pomieszczenia zdołała dostrzec znienawidzoną przez siebie postać. Zgrabną dziewczynę o blond włosach, na którą wszyscy wołali zazwyczaj Ariel. Musa wciąż nie mogła zrozumieć dlaczego jej mózg wysilił się na tyle, by zapamiętać jej imię. Prychnęła pod nosem, kiedy zauważyła, że ona również jej się przygląda. Nie trzeba być geniuszem, by zauważyć niezliczoną ilość pogardy w spojrzeniu blondynki. Musa jednak nie przejęła się tym wcale. Przeszła obok niej, z dumnie uniesioną do góry głową, po drodze specjalnie uderzając ją ramieniem. Ariel zachwiała się, lecz w porę odzyskała równowagę. Rzuciła Musie mordercze spojrzenie i chciała coś powiedzieć, jednak w ostatniej chwili ugryzła się w język. Czarodziejce natomiast taki obrót sprawy jak najbardziej odpowiadał. Zazwyczaj nie ma w zwyczaju tak się zachowywać, ale po tamtym incydencie, zawsze kiedy widziała tą blondynę, nie mogła powstrzymać się od tego, aby nie zrobić jej na złość. 
- Pięknie wyglądasz, wasza wysokość.- usłyszała nagle jej przesłodzony głosik za plecami. Zacisnęła zęby i cudem udało jej się zostawić ten "szczery" komplement bez komentarza. 
Nie zwracając już uwagi na nikogo dalej szła do wyznaczonego przez siebie celu. Do pokoju Galatei. Nie wiedziała, czy to, co postanowiła jest słuszne, ale musiała zachować się odpowiedzialnie w stosunku do mieszkańców swojej planety. Nie mogła zostawić ich samych na pastwę losu. Wiedziała, że nad jej ukochaną planetą wisi wielkie niebezpieczeństwo, była także pewna, że tylko ona może mu zaradzić. 

Z łatwością dotarła do odpowiedniej komnaty i weszła do środka nawet nie pukając. Galatea leżała bokiem na łóżku i zachłannie czytała jakąś grubą książkę. Słysząc jednak dźwięk otwieranych drzwi, oderwała się od lektury i odwróciła się w stronę wejścia. Uśmiechnęła się do Musy, jednak ona nie odwdzięczyła się jej tym samym. Jej twarz była niezwykle poważna, co sprawiło, że jasnowłosa momentalnie się zmartwiła. Uśmiech spełzł jej z twarzy i usiadła na łóżku. Musa przysiadła się do niej i zamyśliła się chwilowo. Nie wiedziała jak zacząć tą rozmowę. W końcu odchrząknęła. Nie miała dużo czasu.
- Musimy porozmawiać.- oznajmiła czarodziejka niezwykle poważnym tonem. 
- O co chodzi?- jasnowłosa zdawała się pojąć powagę sytuacji, gdyż jej głos diametralnie spoważniał. Musa zawahała się. Zacisnęła dłonie na skraju łóżka i uparcie zwiesiła głowę. Starała się jak najlepiej dobrać słowa, aby wyjaśnić co nie co sytuację, ale też nie zdradzić za dużo, a natarczywe spojrzenie ze strony Galatei wcale nie ułatwiało tego zadania. Spojrzenie Musy padło na okoliczny zegar naścienny, tak jakby to miało pomóc młodej czarodziejce w rozpoczęciu jakiejkolwiek konwersacji. W końcu postanowiła jednak się przełamać. W końcu niczego nie załatwi, jeżeli dalej będzie tak siedzieć. 
- Chodzi o ten cały cyrk..-westchnęła czarodziejka, zmęczona opadając na łóżko.- O ślub.- dodała szybko, widząc zmieszaną minę siostry. 
-Ach, no tak! Ślub! Pewnie jesteś zachwycona, co? Orlando to taki gentelman!- trejkotała Galatea, cała w skowronkach. Dziewczyna zaczęła jeszcze świergotać jakieś szczegóły na temat ślubu i wesela. Według niej, całe to wydarzenie miało być idealne. Musa niestety nie podzielała jej entuzjazmu nawet w najmniejszym stopniu. Z miną skazańca słuchała jej monologu, aż w końcu, kiedy jej nerwy sięgnęły zenitu, poderwała się z miejsca jak poparzona. Takie zachowanie przywołało Galateę do porządku, która posłusznie zamilkła. 
- Nie mogę tego zrobić.- wydusiła ciemnowłosa, głośno wypuszczając powietrze z płuc. Kto by pomyślał, że wypowiedzenie tego krótkiego i - z pozoru- banalnego zdania, sprawi jej tyle wysiłku. Tymczasem Galatea doznała osłupienia. Popatrzyła na siostrę uważnie, tak jakby chciała upewnić się, czy przypadkiem nie postradała zmysłów. 
- Żartujesz sobie? - jasnowłosa wciąż nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Musa popatrzyła na nią gniewnie, przez co dziewczyna lekko się skuliła. W jej towarzystwie czarodziejka muzyki nie miała w zwyczaju żartować, a już na pewno nie na taki temat. Ich relacje nigdy nie były ciepłe i rodzinne, jak myśleli wszyscy dookoła. Musa od zawsze podchodziła do siostry z dziwnym dystansem, zazwyczaj odnosiła się do niej zimno, bez emocji. Nie potrafiła jej w pełni zaufać, sama nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, iż zawsze czuła, że Alexander wyraźnie faworyzował młodszą córkę? Bądź co bądź, tak właśnie było. Każdy, kto przyjrzałby się bliżej królewskiej rodzinie, zauważyłby to prędzej czy później. 
- Musisz coś dla mnie zrobić.- oznajmiła Musa, z powrotem zajmując miejsce przy jasnowłosej, przykuwając na nowo jej skupione spojrzenie. 
- To ty poślubisz Orlanda, dla dobra naszej planety.- oznajmiła czarodziejka, niezwykle stanowczym tonem. Źrenice jej siostry zwiększyły się do nienaturalnych rozmiarów, a ich właścicielka nie odzywała się przez kilkanaście minut. 
- Jak ty to sobie wyobrażasz?- jej ton wyrażał wielkie zdumienie, kiedy w końcu przełamała się na tyle, aby coś powiedzieć.- Przecież Ojciec wybrał do tego Ciebie. 
- Mam to gdzieś.- warknęła Musa, podchodząc do okna i stając tyłem do siostry.- Nie mogę tego zrobić.- powtórzyła uparcie.
- Dlaczego?- jej siostra nie dawała za wygraną. Wstała z łóżka i podeszła do Musy, kładąc jej dłoń na ramieniu.- Orlando to cudowny człowiek. 
- W takim razie weź go sobie!- wybuchowy charakter ciemnowłosej znów dawał o sobie znać. Dziewczyna odepchnęła swoją rozmówczynię, tak jakby ta ograniczyła jej przestrzeń. 
Musa ponownie wlepiła spojrzenie w szybę ogromnego okna. 
- Niedługo będę musiała wyruszyć na tajną misję. Niezwykle ważną.- starała się jak najlepiej wyjaśnić sytuację, bez ujawniania szczegółów, czyli tak jak sobie zaplanowała od początku. 
- Jaką misję?
- TAJNĄ.- powtórzyła Musa.- Dlatego to TY będziesz musiała to zrobić. 
- Wybacz, Muso. Nie mogę.- Jasnowłosa zwiesiła głos.- Dopóki mi nie powiesz co to za misja, nie uzyskasz mojej zgody.
Sfrustrowana czarodziejka przymknęła powieki. Starała się panować nad sobą, chociaż była już na skraju wytrzymałości. Nigdy nie mogła odnaleźć z siostrą wspólnego języka, jednak nie wiedziała, że tak trudno będzie ją przekonać. 
- Słuchaj, no.- warknęła niespodziewanie i przycisnęła młodszą księżniczkę brutalnie do ściany.- Po ogłoszeniu zaręczyn ja wyruszam na misję, a ty potwierdzisz, że nie wiesz gdzie jestem, że zniknęłam, rozumiesz? - zapytała przez zaciśnięte zęby.- Potem to ty zgodzisz się wyjść za niego. Nie dla mnie, ani dla taty. Dla naszego ludu, jasne?- zakończyła swój monolog, gniewnie mrużąc oczy. Galatea wpatrywała się w nią z przerażeniem. Nigdy nie widziała siostry tak wściekłej jak i zdeterminowanej. Jednak teraz była na przegranej pozycji. Wiedziała, że jeżeli się nie zgodzi, Musa i tak wymyśli coś innego, aby ostatecznie wszystko poszło po jej myśli, a od niej już całkiem się odsunie. A tego przecież nie chciała. 
- Zgoda.- odpowiedziała lekko drżącym głosem, po chwili grobowej ciszy. Po tych słowach, Musa wyraźne usatysfakcjonowana odsunęła się, dając jej na nowo możliwość swobodnego poruszania. Jasnowłosa odetchnęła z ulgą i jeszcze raz spojrzała na siostrę. 
- Kiedy wrócisz?- zapytała szeptem. Musa, która już miała wychodzić, nagle odwróciła się, zaskoczona tym pytaniem. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. W końcu była już pewna, że nie wróci. Ale tego przecież nie mogła zdradzić. 
- Zanim zdążysz się obejrzeć. - próbowała zabrzmieć pogodnie i uspokajająco.- Wtedy, kiedy ty i Orlando na pewno będziecie szczęśliwym małżeństwem.- dodała z uśmiechem. Galatea, na samą myśl o mężczyźnie, spłonęła okazałym rumieńcem. Musiała przyznać, że szarmancki i niezwykle przystojny książę od początku wywarł na niej potężne wrażenie. Musa zaśmiała się pod nosem widząc jej reakcję. Mimo wszystko miała nadzieję, że jej młodszej siostrze jakoś się ułoży w życiu. Uśmiechnęła się do niej lekko i znów ruszyła do wyjścia. 
- Muso..?- znów jednak została zatrzymana, więc ponownie spojrzała na siostrę- Uważaj na siebie.- poprosiła jasnowłosa, która wyglądała na zaniepokojoną. Czarodziejka skinęła delikatnie głową i czym prędzej opuściła komnatę, aby przypadkiem nie rozkleić się jak małe dziecko. Odetchnęła głęboko i natychmiast została porwana przez zamkową służbę, której zadaniem było przyszykowanie księżniczki na zbliżające się publiczne wystąpienie. 


****

Słońce coraz bardziej dawało o sobie znać, ogrzewając planetę bardziej intensywnie niż w ciągu ostatnich kilku dni. Ryan właśnie ukończył swój patrol i wracał powoli do pałacu, aby trochę odpocząć. W drodze powrotnej dostrzegł, że na placu, przed okazałym budynkiem zbiera się coraz więcej ludzi. Zmarszczył czoło i niechętnie wtopił się w tłum, chcąc dostać się do środka. Co chwile wpadały na niego rozbrykane dzieci, lub zagubione staruszki, przez co mężczyzna odczuwał wyraźny dyskomfort. Był przykładem typowego samotnika i gdy tylko wokoło znajdowało się dużo osób, zwłaszcza obcych, miał ochotę zapaść się pod ziemię. Kiedy wreszcie zdołał się przedostać przez niewyobrażalnie wielką grupę ludzi, niedaleko wejścia spostrzegł Rivena, który także wydawał się być zainteresowany przybyciem tak wielu osób. 
- Co tu się wyrabia?- zapytał przyjaciela Ryan, kiedy wreszcie zdołał dotrzeć do niego. 
- Nie mam pojęcia.- przyznał zmieszany specjalista.- Więc ty też nic nie wiesz?- zapytał jedynie dla pewności. Tak jak przypuszczał, granatowowłosy wzruszył jedynie ramionami. Oboje postanowili zaszyć się w murach zamku, aby nie rzucać się niepotrzebnie w oczy. Poza tym, teraz to Ryan musiał zdać raport. 

*****



Długa krwistoczerwona suknia, wykonana z jedwabiu, sięgała do samej Ziemi do tego stopnia, że spory kawał materiału i tak sunął po krystalicznie czystej podłodze. Każdy, kto spojrzał na te cudeńko był pewien, że owa kreacja wyszła spod ręki jednego z najlepszych projektantów w historii. Ściśle dopasowany rodzaj materiału i krój idealnie podkreślał kształty młodej czarodziejki. Na dodatek śnieżnobiała cera dziewczyny stanowiła idealny kontrast z krzyczącą czerwienią sukni. Musa jeszcze raz przejrzała się w lustrze. Trudno jej było uwierzyć w to, że osoba znajdująca się po drugiej stronie, to ona. Już dawno nie widziała siebie w tak eleganckim wydaniu. Jej delikatne stopy zdobione były przez drobne, kryształowe szpileczki. Ciemne włosy były upięte w wysokiego koka. Jedynie dwa kosmyki spływały po obu stronach jej twarzy, które zostały delikatnie zakręcone przez lokówkę. Jej usta, muśnięte malinowym błyszczykiem, mimowolnie wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu, który niestety zniknął, tak szybko jak się pojawił, dokładnie wtedy, kiedy w odbiciu lustra, Musa zdołała dostrzec pierścionek leżący na eleganckiej poduszce, która z kolei znajdowała się na równie drogocennej etażerce w rogu komnaty. Czarodziejka westchnęła ciężko. Czy naprawdę musiało do tego dojść? Jednak sprawy zaszły tak daleko, że  nie można było się wycofać. Musa musiała schować swoją dumę i niezadowolenie do kieszeni. Przecież miała udawać przed tysiącami ludzi, jak bardzo cieszy się z nadchodzącego małżeństwa. To chyba najbardziej ją irytowało. Nigdy nie miała zamiaru udawać, zawsze chciała być ze wszystkimi szczera i być po prostu sobą. On ją tego nauczył. Wzdrygnęła się, kiedy ni stąd ni zowąd przypomniała sobie o Rivenie. Zacisnęła dłoń w pięść i walnęła nią w ścianę. Czy on już zawsze będzie siedział jej w głowie? 
- Wszystko w porządku?- usłyszała nagle melodyjny głos za plecami, przez co natychmiast odwróciła się w stronę drzwi wejściowych. Galatea, która również prezentowała się pięknie w złotej sukience do kolan, przyglądała się jej z wyraźną troską. Musa skinęła delikatnie głową i odwróciła się w stronę okna. Spojrzała na dziedziniec, na którym aż roiło się od ludzi. Uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że dla nich musi przetrwać te wszystkie męczarnie, to dla nich musi być silna i przeżyć..cokolwiek miało się wydarzyć w następnych dniach. 
Jasnowłosa podeszła do siostry, prawie bezszelestnie, lecz Musa, która miała perfekcyjnie rozwinięty słuch i tak usłyszała jej ciche kroki. 
- Jeżeli nie chcesz zrobić tego dla mnie, zrób to dla nich.- mruknęła niespodziewanie, przykuwając uwagę swojej towarzyszki. Wskazała podbródkiem na ludzi za oknem, którzy, kiedy tylko dostrzegli księżniczkę za oknem zaczęli witać ją oklaskami i wiwatami. Czarodziejka uśmiechnęła się. Kochała tych ludzi. Każdego z osobna, równo, tak samo. Pomachała im, co wywołało wśród tłumu jeszcze większą falę euforii. Galatea cały czas przyglądała się tej scenie. Była pełna podziwu co do tego, jak silna więź łączy Musę z tymi ludźmi. Sama uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że ich ochrona, to także i jej obowiązek. 
- Nic im się nie stanie, obiecuję.- jej słowa, przyniosły czarodziejce wielką ulgę. Spojrzała na siostrę ze wdzięcznością, nieśmiało objęła ją w pasie i lekko do siebie przytuliła. Galatea zdziwiła się niemało. Nie pamiętała kiedy ostatnio, miała okazję tak po prostu, zupełnie beztrosko przytulić Musę. Musiała przyznać, że brakowało jej bliskości z siostrą i miała szczerą nadzieję, że uda jej się ocieplić kontakty z nią. Jak na razie, wszystko zmierzało ku dobremu. 


****


Wszyscy żołnierze, pod dowództwem Xaviera dostali polecenie, aby ustawili się w okręgu na granicy dziedzińcu królewskiego. Dla zwykłego obserwatora, patrzącego na to nieco z boku, mogłoby się wydawać, iż stanowią oni coś w rodzaju muru obronnego, który miał stanowić potężną defensywę w razie niespodziewanego ataku wroga. Riven przeciągnął się i ziewnął, gdyż to zadanie zaczęło go potwornie nudzić. 
- Jezu, co za ukrop.- mruknął stojący obok niego Ryan, który podobnie jak Riven wolałby robić coś ciekawszego. Nie można było nazwać tego bezpodstawnym narzekaniem, gdyż temperatura sięgała blisko 35 stopni, a na dodatek wszyscy żołnierze mieli obowiązek nosić potężne i ciężkie zbroje oraz hełmy. Riven przytaknął, jemu także wysoka temperatura dawała się we znaki. Jednak nie tylko to mu przeszkadzało. Od jakiegoś czasu zauważył, że jego tętno dziwnie przyspiesza, chociaż zdawało się nie być ku temu racjonalnych powodów. Zbladł też potwornie, lecz nikt nie mógł tego zauważyć, poprzez szczelne opancerzenie. Sam nie mógł zrozumieć, czym właściwie tak się denerwował. Niedługo jednak, miał się tego dowiedzieć..

****


- Już czas.- w drzwiach komnaty nagle pojawił się Alexander, który widząc przytulone córki, uśmiechnął się pod nosem. Musa i Galatea, odskoczyły od siebie, kiedy król wkroczył do pomieszczenia. Jasnowłosa poklepała siostrę po ramieniu. Wiedziała, że było to dla niej trudne, więc starała się jak najlepiej okazać dla niej wsparcie. Czarodziejka uśmiechnęła się lekko i podeszła do Orlanda, który także prezentował się niezwykle elegancko. Uśmiechnął się na jej widok. Chcąc nie chcąc, odwzajemniła to. Książę, delikatnie chwycił jej dłoń, tak jakby bał się jej reakcji. Musa odetchnęła. Miała nadzieję, że ten cyrk skończy się jak najszybciej. W tym samym momencie, pokaźne drzwi balkonowe otworzyły się na oścież, a Alexander dumnym krokiem wyszedł do tłumu jako pierwszy. Stanął na wielkim balkonie i przywitał zebranych unosząc ręce wysoko w górę, tak jakby chciał złapać niezwykle drogocenny przedmiot, który właśnie spadał z nieba. Okrzykom i wiwatom nie było końca. Niedługo później, tuż za Alexandrem stanęła Musa wraz z Orlando. Po bokach stanęli ochroniarze oraz Galatea. Musa przeczesała wzrokiem wszystkich zebranych. Przełknęła głośno ślinę. I właśnie w tej chwili przypomniała sobie o matce. Zastanawiała się, co ona zrobiłaby na jej miejscu. Świętej pamięci królowa zawsze robiła wszystko, aby chronić swój lud, więc z pewnością byłaby dumna z postawy, jaką przyjęła jej ukochana córka. Na tę myśl, Musa uśmiechnęła się szczerze. Wiedziała, że postępuje właściwie. W końcu najważniejsze było dobro planety. W pewnym momencie poczuła się jednak tak, jakby ktoś bezustannie wpatrywał się w nią. I rzeczywiście, tak właśnie było. Jeden osobnik, nie mógł od niej oderwać swojego natarczywego spojrzenia. Był to naturalnie Riven, który stał akurat naprzeciwko pokaźnego balkonu. Zabolało go, kiedy zauważył, że trzyma ona rękę tego mężczyzny. Mimo to, nie odwrócił jednak wzroku. Choćby nie wiadomo jak bardzo pragnął, nie potrafił tego zrobić. Wyglądała tak pięknie...
Niestety, najgorsze, miało się wydarzyć, już niedługo. Gdyby Riven potrafił przewidywać przyszłość, na pewno uciekłby stąd jak najdalej. Niestety, takiego daru nie posiadał. 

- Umiłowani!!!- przemówił w końcu Alexander.- Dziękuję za tak liczne przybycie!!- kolejna fala euforii mieszkańców Melodii na chwilę zagłuszyła wszystko inne.- Mam Wam do przekazania cudowną nowinę!- po tych słowach, wszyscy jak na rozkaz umilkli w jednym momencie. Król skinął głową na młodą parę. Musa jeszcze raz wymieniła się spojrzeniem z księciem. Tak jakby chciała poznać jego ostateczną decyzję. Chciała wiedzieć, czy na pewno dobrze robią. Jednak uśmiech Orlanda, mówił sam za siebie. Księżniczka westchnęła. Wciąż miała wątpliwości, ale odwrotu już nie było. Razem z księciem wystąpiła na przód. Zaraz za nimi podążył jeden ze strażników, który trzymał w rękach aksamitną poduszkę z drogocennym pierścionkiem. Riven natomiast poczuł, jak grunt pod jego stopami zaczyna się niebezpiecznie chwiać. Powoli wszystkiego się domyślał, lecz wciąż nie mógł uwierzyć..

- Z radością obwieszczam, iż Melodia zyskuje niedługo nowych władców!- wykrzyknął radośnie Alexander, wskazując ręką na młodą parę.- Oficjalnie ogłaszam, że moja starsza córka i książę Orlando są zaręczeni!- po tych słowach nastąpiła zdecydowanie największa fala euforii, jaką można było sobie wyobrazić. Niektóre staruszki nie szczędziły łez, dzieci tańczyły ze sobą radośnie, a młodzi mężczyźni, posiadający nakrycia głowy podrzucali je w powietrze, wykazując tym swoją radość. Tymczasem, życie jednego z młodych mężczyzn, znajdujących się na dziedzińcu, zawaliło się w jednym momencie. Nogi ugięły się lekko pod nim, lecz ostatecznie ustał na dwóch kończynach. Zacisnął mocno zęby. Nie mógł okazać słabości. Musiał przyjąć to z godnością. 
 W tym też momencie, pierścionek z drogocennym kamieniem spoczął na palcu księżniczki. Orlando, zaraz po jego włożeniu, delikatnie ucałował porcelanową rękę Musy, na co ta zareagowała delikatnym uśmiechem. Książę, delikatnie przysunął się do dziewczyny i onieśmielony musnął swoimi ustami, delikatne wargi Musy, która w tym momencie brzydziła się samej siebie. Poczuła się podle, tak jakby zdradziła, choć w gruncie rzeczy, wcale tak nie było...
Niestety, to już był szczyt dla Rivena. Nie mógł tego znieść. Jego serce zdawało się pęknąć i rozsypać na miliony kawałeczków. Zacisnął powieki, aby powstrzymać łzy, które powoli kłębiły się w jego oczach. Wiedział, że przegrał. Tym razem na dobre. Był także pewien, że nigdy sobie tego nie wybaczy. W amoku furii ściągnął hełm, oraz niewyobrażalnie wielką siłą własnych rąk, rozerwał stal, w którą był odziany, a jej pozostałości odrzucił niedbale gdzieś przed siebie. Kiedy pozostał już w normalnym, sportowym ubraniu odwrócił się i zaczął biec do nieokreślonego celu. Było mu obojętne, dokąd się uda. Byleby było to jak najdalej stąd. Najlepiej w innym wymiarze. Nie zwracał uwagi na nawoływania przyjaciela, czy też zdziwione rekacje ludzi z tłumu. Nawet Ariel krzyczała za nim, lecz to nic nie pomogło. Riven znajdował się jakby w transie. Nie docierało do niego dosłownie nic. Biegł i biegł, nie patrząc ani razu za siebie. A jeżeli ktokolwiek stanął mu na drodze, odpychał tą osobę, niczym szmacianą lalkę. 
Musa, natychmiast oderwała się od księcia, kiedy zobaczyła ta dziwną scenę. Skupiła swój wzrok w miejscu, gdzie znajdowała się największa kupka zagubionych osób. I w tym momencie go zobaczyła, przez co w jej oczach natychmiastowo zagościły łzy. Nie, to nie może być prawda! Roztrzęsiona dziewczyna krzyknęła na cały głos jego imię i czym prędzej, rzuciła się biegiem w stronę wyjścia z pałacu. Podobnie jak Riven, kompletnie ignorowała reakcje ludzi z otoczenia. Najważniejsze było tylko to, aby go dogonić i wyjaśnić to wszystko. Chociaż szanse, że będzie chciał słuchać, były bardzo niewielkie, praktycznie żadne. Teraz, w tej jednej chwili, ten cały incydent z Ariel, poszedł daleko w niepamięć. Musa przecież nie chciała stracić Rivena. Była pewna, że tego by nie przeżyła. Musiała to ratować, dopóki nie będzie za późno..o ile już nie było. Poprzez ogromny pośpiech, o mało co, nie wywinęła orła, zbiegając z olbrzymich schodów. W momencie krytycznym, na szczęście podtrzymał ją jeden ze strażników i ostatecznie uratował ją od upadku, który prawdopodobnie skończył by się połamaniem żeber, lub czymś gorszym. Roztrzęsiona dziewczyna, jednak nie była w stanie myśleć teraz logicznie. Wyrwała się i nawet nie dziękując wypadła z zamku jak z procy. Wciąż wołając głucho imię Rivena rzuciła się biegiem w stronę lasu, w którym kilka chwil temu zniknął buntownik. Pomimo tego, że biegła najszybciej jak mogła, nie miała szans go dogonić. Nigdy nie była taka szybka jak on, a poza tym długa suknia i szpilki dodatkowo ograniczały jej szanse. Zdeterminowana dziewczyna nie zważając na nic przeszła transformację Bloomixu i czym prędzej wzbiła się w powietrze, intensywnie poruszając skrzydłami. Niedługo potem śmigała przed siebie, zwinnie omijając w locie kolejne drzewa. W końcu go zobaczyła. Wciąż biegł przed siebie. 
- RIVEN!!!!- wrzasnęła znowu. Tym razem poskutkowało. Specjalista się zatrzymał. Musa odetchnęła z ulgą i zgrabnie wylądowała na Ziemi. 
- Riven, proszę wysłuchaj mnie.- wydusiła zdyszana dziewczyna, powoli zbliżając się do niego. Wciąż stał tyłem do niej, uparcie wpatrzony w ziemię. 
- Zamilcz!- zagrzmiał nagle tak ostro i bezdusznie, że aż Musa się przestraszyła. Po raz pierwszy bała się go i to tak naprawdę. I w tym momencie odwrócił się do niej. Jego grobowa twarz nie wyrażała żadnych emocji, a natomiast kiedyś rozkoszne, fiołkowe tęczówki, teraz zdawały się być trawione przez złowrogi ogień. Czarodziejka wycofała. Naprawdę bała się, że w tym stanie Riven może wyrządzić jej krzywdę. 
-  Nie chcę już nic wiedzieć. Miałaś rację, to nie ma sensu.- oznajmił bezdusznym głosem. Zdawało się, że jego gniew powoli opada. Po tych słowach specjalista na nowo odwrócił się i tym razem powoli kroczył nieznajomą ścieżką. 
- Riven..-szepnęła za nim Musa, a łzy zaczęły cieknąć jej po policzkach. 
- Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia!-  krzyknął głosem ociekającym ironią, odwrócił się po raz ostatni, ukłonił się i ponownie zniknął za drzewami. Nie zdawał sobie sprawy jak bardzo ranił Musę, z resztą..w tej chwili nawet go to zbytnio nie obchodziło. W końcu, bądź co bądź, to on był tu najbardziej pokrzywdzony. 
Tymczasem Musa załamała się na dobre. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Rzadko zdarzało jej się płakać, jednak tym razem nie szczędziła łez. Po prostu pozwoliła im płynąć. Nie miała nawet siły, żeby nad nimi zapanować. I tak szlochając żałośnie upadła bezsilnie na zimną ziemię i zwinąwszy się w kłębek, tę noc spędziła samotnie, pośród drzew. 


****


W końcu, w końcu, w końcu, w końcu...[...] zdobyłam się na tyle, by napisać coś w miarę sensownego i godnego opublikowania. W czasie swojego "urlopu" podjęłam wiele prób pisania tego rozdziału, jednak za każdym razem kasowałam wszystko i zaczynałam od początku..i tak w kółko. No, ale w końcu przełamałam swój "kryzys twórczy". Zdaję sobie sprawę, że rozdział jest daleki od ideału, jednak mam nadzieję, że Wam się spodoba. Proszę o wyrozumiałość i z góry przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy. Jeszcze raz dziękuję tym, którzy wciąż tu są :). 

Pozdrawiam Was cieplutko, trzymajcie się i do następnego! <3. 





piątek, 4 marca 2016

Zawieszenie...



Witajcie, moi drodzy. 

Po tytule tego posta, możecie pewnie zauważyć, że nie mam dla Was dobrych wieści. Po długich rozmyślaniach i analizowaniu różnych spraw postanowiłam zawiesić bloga na jakiś czas. Powód jest oczywisty: Kompletny brak czasu na pisanie czegokolwiek. W tym tygodniu będę miała 6 sprawdzianów, w kolejnym już 3 są zapowiedziane...z resztą w ubiegłym nie było wiele lepiej..krótko mówiąc do Świąt Wielkanocnych nie znajdę pewnie ani jednej wolnej chwili, która trwałaby na tyle długo, abym dała radę napisać coś przyzwoitego. A wiadomo, że pomysły też nie od razu do głowy wpadają. To też zapewne we wspomniane święta wznowię działalność na tym blogu. Do tego czasu proszę Was o trochę cierpliwości i wyrozumiałości. Przepraszam. 

Trzymajcie się cieplutko i do następnego :*. 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Chapter 22.





- Zaśpiewaj mi coś.- czarodziejka obdarzyła księcia zdziwionym spojrzeniem, gdy usłyszała tą prośbę. Zawahała się przez chwilę, ale jednak postanowiła spełnić jego oczekiwania. Wzięła głęboki oddech i uparcie patrząc przed siebie wykonała piosenkę "Return To Me". Orlando przez cały czas jej się przyglądał. Przepiękny, melodyjny sopran wypełniał w tej chwili całą okolicę. Mężczyzna musiał przyznać, że jego właścicielka z pewnością posiadała "to coś". Przez chwilę naprawdę nie mógł dosłownie oderwać od niej wzroku. Wyglądała wprost przepięknie. Jej niesamowicie blada, a zarazem nieskazitelna cera, zdawała się lśnić w pojedynczych promieniach słońca, które nieśmiało pieściły teraz jej delikatną skórę. Gęste i ciemne kosmyki gładkich włosów tańczyły na wietrze, a oczy intensywnie lśniły, wpatrzone w bezchmurne niebo. Malinowe usta, delikatnie wykrzywiły się w nieśmiałym uśmiechu, kiedy czarodziejka skończyła swoją piosenkę. W tej chwili wyglądała zupełnie inaczej, niż jeszcze kilka chwil wcześniej, w zamku. Wydawała się być teraz taka urocza i niewinna. Ponura wizja, z pozoru przymusowego małżeństwa wydawała mu się przybierać coraz to wyraźniejszych barw. Uśmiechnął się do niej i jednocześnie zastanawiał się, czy aby na pewno ona patrzy teraz na to, tak samo jak on. Miał co do tego wątpliwości, jednak żywił także szczerą nadzieję, że z czasem i ona się do niego przekona i ich wspólna przyszłość- choć zaplanowana z góry bez ich wiedzy i ingerencji- jakoś się ułoży. 
Tymczasem Musa, wciąż pozostała sceptycznie nastawiona do całej sytuacji. Nigdy nawet do głowy by jej nie przyszło, że zostanie zmuszona do poślubienia obcego mężczyzny. Z drugiej strony, ulżyło jej trochę, ponieważ Orlando nie okazał się być "drętwym bucem" jakiego wyobraziła sobie podczas ich pierwszego spotkania. Był szarmancki i uprzejmy, jednak czarodziejka nie potrafiła sobie wyobrazić, że miałaby spędzić całe życie przy jego boku. Kiedy myślała o przyszłości, przy swoim boku widziała tylko tego jednego buntownika. Wciąż nie mogła się nadziwić jakim cudem, on cały czas gdzieś tam tkwi w jej umyśle. Niejednokrotnie próbowała się go stamtąd pozbyć, jednak jak widać z marnym skutkiem. Z jednej strony chciała zapomnieć, a z tej drugiej..wręcz przeciwnie. Z każdym dniem, tęskniła za nim coraz bardziej, chociaż nie miała odwagi przyznać się do tego przed samą sobą. Chciała wymazać te wszystkie przykre wspomnienia, których był częścią, jednak na drodze zawsze stawały jej te dobre chwile, które stając jej przed oczami, za każdym razem kuły niemiłosiernie w samo serce i na nowo pobudzały do życia nieustanne rozważania i rozmyślania na temat specjalisty. I ciągłe, nieznośne i irytujące pytanie zaprzątało jej najskrytsze myśli: Czy jest jeszcze dla nich szansa?
 Musa westchnęła ciężko i spojrzała krótko na Orlando.
- Musimy wracać.- oznajmiła, na co ten skinął jedynie głową. Nie miał na to ochoty, wolałby tu zostać i dowiedzieć się o niej czegoś więcej, jednak wiedział, że nie ma na to czasu. Dźwignął się na nogi, a za chwilę pomógł wstać również Musie, która posłała mu tylko wdzięczny uśmiech. Powolnym krokiem, wędrując ramię w ramię, skierowali się z powrotem do pałacu. 


*****

W pewnym momencie, w najmniej zaludnionym obszarze planety, wytworzył się portal, z którego po chwili wyłoniła się grupa żołnierzy odzianych w złociste zbroje. Na ich czele stał ich Mistrz, ubrany w wyróżniającą się srebrno- szmaragdową szatę. Ariel- jedyna kobieta, znajdująca się w orszaku, za pomocą magii zamknęła magiczne przyjście. Pojedyncze jednostki, przechadzające się po okolicy, widząc to zbiorowisko wytrzeszczali oczy w niemym zdumieniu, nic nie rozumiejąc. Ci, którzy posiadali długie języki i skłonności do roznoszenia nic nie wartych plotek i domysłów, widząc w tym nadzwyczajną sensację oraz szansę, aby zaistnieć w oczach osobników z wyższych warstw społecznych, mknęli jak wiatr do centrum miasta, każdy z nich chciał być pierwszym, który przekażę innym tajemniczą wiadomość. Nie potrzeba było długo czekać, aby cała planeta huczała o tym wydarzeniu. U przewrażliwionych staruszków wywoływało to niepokój i przerażenie, u porywczych i rządnych przygód młodzieńców dziwne podekscytowanie, a pozostali, z pozoru przeciętni i spokojni mieszkańcy reagowali na to zupełnie obojętnie. 
- Jesteśmy wzywani do pałacu królewskiego.- oznajmił zebranym Xavier.- Nie mamy chwili do stracenia.- dodał, obejmując ponownie dowodzenie nad całą grupą. 
- Dołączę do Was później.- oznajmił niespodziewanie Riven, występując z idealnie prostych szeregów ustawionych wojowników.- Mam coś do załatwienia.- dodał pośpiesznie, usprawiedliwiając swoją postawę. Xavier przyjrzał mu się uważnie, lecz ostatecznie skinął delikatnie głową na znak zgody. Specjalista ruszył powoli przed siebie, czując cały czas na sobie spojrzenia każdego członka licznej grupy, do której od dnia dzisiejszego oficjalnie należał. Wciąż jednak czuł się w niej jakoś tak dziwnie. Tak jakby był niechcianym intruzem, którego nikt sobie nie życzy. Może to przez to, że każdy był dla niego obcy? Przecież było tu kilkadziesiąt zupełnie nieznajomych twarzy, automatycznie budzących respekt i chłodny dystans u młodego mężczyzny. Jedynymi osobami, które znał był Ryan oraz Ariel. Jednak mimo to Riven nie czuł się komfortowo w tym towarzystwie, dlatego chciał przez chwilę pobyć sam. Odetchnął z ulgą, kiedy znacząco oddalił się od grupy. Zafascynowany tutejszym krajobrazem szedł tam, dokąd prowadziły go nogi. Riven nie był zamiłowanym podróżnikiem, dlatego też w swoim życiu nie odwiedził zbyt wielu planet, jednak w ciemno zakładał, że to właśnie Melodia miała w sobie ten największy urok i gdyby tylko mógł na pewno częściej by tu wpadał. Niezbyt dobrze orientował się w terenie, był tutaj z Musą może ze dwa razy. Na dodatek to było bardzo dawno temu. Liczył jednak na swój tak tzw. "szósty zmysł", który z pewnością posiadał. Z każdym krokiem, dziwne dreszcze na karku, które odczuwał od początku samotnej wędrówki, nasilały się, znaczyło to, że ktoś go śledzi. Co kilka metrów specjalista stawał gwałtownie w miejscu i odwracał się, chcąc przyłapać tego ktosia na gorącym uczynku. Pomimo usilnych starań, nie udało mu się jednak nikogo zauważyć. W miejscu, w którym aktualnie się znajdował, nie licząc jego samego, zdawało się nie być ani jednej żywej duszy. Nagle, Riven natknął się na jakieś rozdroże. Nie wiedząc czemu, przystanął i jeszcze raz spojrzał za siebie. Po raz kolejny, nie dostrzegł nic podejrzanego, jedynie podmuchy wiatru towarzyszyły mu, poruszając gałęziami okolicznych drzew, tworząc także niezwykle kojącą i przyjemną dla uszu, cichutką melodyjkę. Specjalista westchnął i zaczął kroczyć niewielką ścieżką, prowadzącą w głąb lasu. Zwinnym ruchem odganiał od siebie irytujące i natrętne gałęzie licznych krzaków i niskich drzew, które lgnęły do niego tak jakby miał w sobie jakiś magnes. Teraz mógł sobie na to pozwolić. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy przypomniał sobie, jak pewnego razu, podczas pewnej misji ze specjalistami i Winx, postępował tak samo, przez co parę roślin znacznie ucierpiało. Chyba nie zapomni miny Flory i tego jak na niego wtedy nakrzyczała. Jednak Riven, jak to Riven..nie przejął się zbytnio jej słowami. Tym razem jednak traktował rośliny o wiele delikatniej, niż wtedy, dzięki czemu nie ucierpiał żaden drzewostan. 
Po chwili, drzewa zaczęły się jakby rozstępować. Specjalista, za ścianą roślinności zdołał dostrzec niewielką polanę. Nie zastanawiając się długo, ruszył w jej kierunku. Odetchnął z ulgą, kiedy znalazł się na bardziej otwartej przestrzeni. Rozejrzał się dookoła. Rosło tutaj mnóstwo kwiatów, a nieopodal zauważył także strome urwisko. Niezbyt pasowało ono do kolorowej scenerii, zbudowanej przez bujne i nadzwyczaj rzadkie gatunki roślin, ale mimo to, również miało w sobie coś niezwykłego. Dla Rivena cała ta planeta była czymś niezwykłym. Wbrew pozorom, czuł się tutaj naprawdę dobrze, dużo lepiej niż na swojej rodzinnej planecie. Zmarszczył brwi, kiedy dostrzegł pod wielkim drzewem jakąś marmurową płytę. Powolnym krokiem podszedł bliżej i uklęknął obok niej. Teraz przypomniał sobie, skąd zna to miejsce. Już kiedyś tu był. Razem z nią. Do dziś pamiętał niezliczoną ilość bólu i rozpaczy w jej dużych i pięknych, szafirowych tęczówkach. Pamiętał, jak szlochała bezradnie w jego ramionach, a on jedynie tulił ją do siebie w ciszy, nie mówiąc ani słowa. Nie miał w zwyczaju pocieszać ją słowami, które w gruncie rzeczy i tak były bezsensowne. Nie miał zamiaru jej oszukiwać i mówić, że "wszystko będzie dobrze", skoro doskonale wiedział, że nie będzie. Przecież nic nie było w stanie przywrócić jej matki, mógł jedynie okazać jej swoje wsparcie cierpiąc razem z nią. On nie wiedział jak to jest mieć matkę, jak to jest mieć rodzinę. W młodym wieku, musiał wziąć odpowiedzialność za siebie i za swoje czyny. Popełnił dużo błędów, to fakt, ale jak mogłoby być inaczej, skoro nikt nie wskazał mu właściwej drogi, skoro nikt nie udzielił mu jakiejkolwiek rady? Jak miał darzyć sympatią innych ludzi, skoro jedyne, co od nich słyszał, były tylko słowa ostrej krytyki? Miał wrażenie, że każda napotkana istota uważa go za potwora, pozbawionego uczuć. W gruncie rzeczy był o wiele bardziej wrażliwy, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Jednak coś się zmieniło w jego życiu, kiedy spotkał Musę. Wciąż odnosił wrażenie, że jest ona jedyną osobą, która w pełni go rozumie. Owszem, w swoim związku zaliczyli wiele sporów i kłótni, ale w finiszu, zawsze wychodzili z nich zwycięsko. Ona ceniła w nim szczerość i bezpośredniość, oraz dostrzegła jego wrażliwą stronę, której nikomu innemu nie udało się rozszyfrować. 
Riven zacisnął powieki, próbując odgonić bolesne wspomnienia. Teraz jeszcze bardziej zapragnął jej bliskości. Wiedział, że musi ją jakoś odzyskać. W przeciwnym razie, nie widział swojej dalszej przyszłości. Westchnął ciężko, delikatnym ruchem zgarniając liście, które opadły na marmurową płytę. Spojrzał na fotografię widniejącą tuż obok imienia matki Musy. Teraz już wiedział, po kim czarodziejka odziedziczyła swój niebywały urok. Uśmiechnął się lekko i zerwał rosnącą w pobliżu okazałą lilię. Następnie ułożył ją starannie na grobie i w ciszy odmówił staranną modlitwę. Sam nie wiedział, dlaczego to robił, ale czuł, że to jego wewnętrzny obowiązek. Czuł, że musi podziękować tej kobiecie za to, że sprowadziła na ten świat tak cudowną osobę, jaką była Musa. Na koniec obiecał i sobie i Matlin, że w końcu będą z Musą szczęśliwi, tak jak kiedyś. Zależało na tym nie tylko Rivenowi, ale także z pewnością zmarłej królowej. W końcu od zawsze chciała jak najlepiej dla swojej ukochanej córeczki, doskonale wiedziała, że tylko przy boku tego buntownika, ma szansę być w pełni szczęśliwa. Po zakończonej modlitwie, specjalista poczuł gwałtowny podmuch wiatru. Uznał to jako znak i mobilizację do działania. Uśmiechnął się.
- Dziękuję.- wyszeptał patrząc w niebo, a następnie z nową dawką energii dźwignął się dumnie na nogi. Kiedy wiatr ustał, Riven odwrócił się, z zamiarem odejścia. Postawiwszy zaledwie jeden krok, znów poczuł to dziwne mrowienie, a na dodatek usłyszał także intensywny szelest liści. Warknął poirytowany i odwrócił się w trybie błyskawicy. Za najbliższym pniem, zdołał dostrzec cień jakiejś postaci. Zacisnął zęby i natychmiastowo wyjął swój miecz. Po polanie, rozległ się dźwięk ocierających się o siebie metalowych części, a ostrze błysnęło w promieniach rzucanych przez słońce. Przyjął błyskawicznie perfekcyjną pozycję do ataku. 


****

W końcu, przyszedł ten czas, kiedy nawet tak potężny czarodziej, jak Nabu, w końcu opadł z sił. Jego sylwetka opadła na grunt z wysokości mniej więcej pół metra. Bezradna Layla, runęła razem z nim. Skrzywił się, słysząc jej głuchy jęk, kiedy jej ciało boleśnie zetknęło się z podłożem. Niestety to jedyne, co był w stanie teraz zrobić. Choćby nie wiem jak bardzo chciał, nie uda mu się już wzbić w powietrze, które teraz, jak na złość, ponownie stało się straszliwie gęste. Usłyszał gdzieś nieopodal wściekłe warknięcie, strażnik wciąż ich gonił, teraz w postaci wielkiego wilczura z obnażonymi kłami. Cztery odnóża mknęły z niesamowitą prędkością w ich kierunku. Layla pisnęła, zwijając się bezradnie w kłębek. Nabu spróbował się podnieść, lecz bez skutku. Zacisnął powieki. To był ich koniec, wiedział o tym. Niestety nie udało mu się uratować Layli, przez co czuł nieustanne wyrzuty sumienia. Nie miał już czasu na rozmyślania, bo bestia była coraz bliżej. Nie minęła sekunda, a już krążyła wokół nich, warcząc bez przerwy. Na co on czeka? Dlaczego ich po prostu nie zabije? Jak długo ten koszmar będzie jeszcze trwać? Zarówno Layla, jak i Nabu mieli już tego dość, woleli już chyba umrzeć, niż wciąż przeżywać te katusze, życie w wiecznym strachu, polegającym jedynie na ciągłym uciekaniu. Czarodziejka, ponownie pisnęła, kiedy zamiast wściekłego wilka, dostrzegli postać człowieka, w krwistoczerwonej zbroi. Jego kroki były wzmacniane przez wszechobecne echo. Tajemniczy osobnik poprzez jedno, drobne pstryknięcie uwięził ich w laserowej klatce. Pomimo ciemnej maski, więźniowie zdołali dostrzec na jego ustach złowieszczy uśmiech. Po chwili, osobnik w zbroi zniknął w jednej chwili, pozostawiając po sobie jedynie ciemną chmurę dymu, która również po krótkim czasie, rozmyła się doszczętnie. Po chwili, oprócz nich, ktoś jeszcze znalazł się w laserowym więzieniu. Layla pisnęła znowu, a Nabu wytrzeszczył oczy w zdumieniu. Obok nich, znalazła się nieprzytomna Flora. Wyglądała jednak bardzo dziwnie. Tak jakby to był jakiś hologram, lub zepsuty klon, wokół którego roznosiła się czarna poświata. Co to mogło oznaczać? Przestraszona czarodziejka fal, powoli podeszła do przyjaciółki na czworakach i usiadła przy niej, czując jak ogarnia ją coraz to większe przerażenie. Nie dotknęła Flory, tak jakby bała się, że zarazi się "tym czymś", co spowodowało jej obecny stan. Nabu natomiast próbował zrozumieć, co stało się czarodziejce natury. Niestety, jego wiedza na temat magii nie była aż tak obszerna, żeby znał odpowiedź na każde pytanie. Uśmiechnął się jednak uspokajająco do ukochanej i przysunął się bliżej. Chciał ją przytulić, lecz wciąż, w obawie o jej dobro, skutecznie się powstrzymywał. Nagle, na tle nieba, które od zawsze zmieniało tu regularnie swoją barwę- a było ono teraz przerażająco czerwone.- dostrzegł coś na kształt tarczy zegara, którego kontury, płonęły jakby żywym ogniem. Czarodziej wzdrygnął się, widząc jak coś na kształt wskazówek, nieuchronnie posuwa się na przód..

****

- Ale nerwus z Ciebie.- zaśmiała się postać, ukazując swoją tożsamość. Riven, w tej samej chwili odetchnął z wyraźną ulgą. 
- Jezu, nie strasz mnie tak więcej.- burknął, chowając broń. Ryan, zaśmiał się krótko i stanął naprzeciwko przyjaciela. 
- Śledzisz mnie?- zapytał wprost Riven, uważnie przyglądając się granatowowłosemu. 
- Cóż..prędzej nazwałbym to, wędrowaniem po twoich śladach.- Ryan ukazał swoje zęby w szerokim uśmiechu, który za chwilę zniknął gwałtownie z jego twarzy, kiedy tylko zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje. Co chwilę spoglądał to na marmurową płytę, to na postać specjalisty. Zmarszczył uważnie brwi. 
- Co robisz na grobie mojej matki?- spytał nagle Ryan, a buntownik spojrzał na niego z takim wyrazem twarzy, jakby właśnie przyleciał do niego z kosmosu. 
- TWOJEJ matki?- zapytał osłupiały specjalista, specjalnie akcentując ten przymiotnik.
Ryan zamilkł na dłuższą chwilę, po czym odwrócił szybko wzrok. Nie był pewien, czy powinien mówić o tym Rivenowi..nie był także pewien, czy jest gotowy, aby opowiadać to wszystko..ale czy kiedykolwiek będzie? 
- Tak.- odparł w końcu, choć sporo go kosztowało to, aby wydusić z siebie to krótkie słowo. Riven tymczasem tak się zmieszał, że przysiadł na pobliskim głazie, patrząc na Ryana. Jeżeli mówił prawdę, a Matlin, rzeczywiście jest jego matką..w takim razie Ryan musi być..nie, nie..to nie możliwe. 
- To naprawdę kiepski żart.- mruknął Riven.
- Ja nie żartuję.- zaprzeczył natychmiast Ryan, śmiertelnie poważnie.- Chyba ja najlepiej wiem, kim jest moja matka.- dodał nieprzyjemnym tonem. Specjalista westchnął, nie miał pojęcia jak ma się zachować w tej sytuacji. 
- Powiedz mi..-Riven zawahał się, chcąc jak najlepiej sformułować to pytanie.- Czy ty masz może siostrę? 
Ryan znowu poczuł, jak coś w środku potwornie go kuje. Odwrócił się tyłem do przyjaciela, nie chciał, żeby ten widział, jak bardzo targają nim teraz emocje. Buntownik spojrzał na niego ze współczuciem. Poczuł się głupio, przecież mógł powstrzymać swoją ciekawość. 
- Teoretycznie tak.- przemógł się Ryan, to zdanie zabrzmiało jednak dziwnie ponuro, jakby wyprane ze wszelkich emocji. 
- Chyba nie rozumiem..- Riven poczuł się jeszcze bardziej zdezorientowany. Dlaczego Musa nigdy nie wspomniała o tym, że ma brata? Czy uznała to za nieistotny fakt? I co wydarzyło się pomiędzy tą dwójką? W końcu nawet Riven zdołał już zauważyć, że najwyraźniej nie mają oni czystych, rodzinnych więzi, jaką, siłą rzeczy mieć powinni. 
- Nie chcę o tym mówić. -burknął ponuro granatowowłosy i ruszył przed siebie, chcąc za chwilę zanurzyć się w gęstej roślinności i pogrążyć się w upragnionej samotności. Niestety, Riven najwyraźniej nie zamierzał tak łatwo odpuścić. 
- Zaczekaj!- krzyknął za nim, podrywając się na równe nogi.- Powiedz przynajmniej, jak ona ma na imię.- poprosił nadzwyczaj uprzejmie Riven, powoli podchodząc bliżej. 
Ryan gwałtownie przystanął. Nie miał pojęcia, dlaczego specjalista nagle stał się taki dociekliwy, jednak przez to zaczął działać mu na nerwy.
- Musa.- westchnął po chwili ciszy.- Czemu to Cię w ogóle interesuje?- zapytał rozdrażniony chłopak.
- Tak się składa, że to moja..-tu specjalista zaciął się na krótką chwilę.- dobra przyjaciółka.- wydusił w końcu, chociaż te słowa nadzwyczajnie trudno przeszły mu przez gardło. Wciąż nie przyzwyczaił się do nowego stanu rzeczy i prawdzie w oczy, nie miał zamiaru tego zrobić. Zamierzał wypełnić złożoną niedawno obietnicę i skrycie wierzył, że to mu się uda. 
Granatowowłosy uniósł wysoko brwi do góry, jednak postanowił o nic nie pytać. Riven, nie zważając już na niego wyprzedził go i zaczął iść przed siebie, chcąc dotrzeć do pałacu. Ryan dogonił go niedługo i zaczął prowadzić. Specjaliście ten stan rzeczy jak najbardziej odpowiadał. Miał już dość wędrówki na oślep. Chociaż gdyby wiedział, co wydarzy się w zamku, z pewnością zostałby na tej uroczej polance..

****

Do pałacu dotarli około kwadrans później. Riven musiał przyznać, że okazała budowla wznosząca się przed nim, wywarła na nim spore wrażenie. Niestety nie mógł zbyt długo rozkoszować się tym widokiem, gdyż zniecierpliwiony Ryan, siłą zaciągnął go do środka. Weszli po cichu przez potężne wrota i czym prędzej zatopili się w tłumie pozostałych wojowników, nie chcąc zwracać na siebie niczyjej uwagi. Xavier i Alexander właśnie ucisnęli sobie dłonie. Wyglądali tak, jakby dobrze się znali, oraz najwyraźniej darzyli siebie nawzajem wielką sympatią. 
- Jestem Wam niezmiernie wdzięczny za tak szybkie przybycie.- oznajmił król Melodii, przesuwając wzrokiem po wszystkich zgromadzonych. 
- To nasz obowiązek.- odpowiedział z uśmiechem Xavier, po czym odciągnął Alexandra na bok.
- Wiadomo, kiedy może uderzyć?- zapytał szeptem.
Król westchnął. Nie miał pojęcia, kiedy Devon może zaatakować Melodię, ale był pewien, że było to nieuchronne. W końcu chciał się zemścić. 
- Nie mam pojęcia, ale sam rozumiesz, że muszę korzystać ze wszelkich środków ostrożności. 
Xavier skinął głową. 
- Devon jej nie dotknie, masz moje słowo.- obiecał, a Alexander spojrzał na niego z wdzięcznością. Wiedział, że teraz mógł być spokojny o swoje córki. Xavier nigdy nie rzucał słów na wiatr. Obydwoje spojrzeli na wrota, które w tym momencie otworzyły się. A stanęła w nich Musa, wraz z Orlando. Zaskoczył ją liczny tłum zgromadzony w komnacie, lecz starała się nie okazać tego, jak ją to zirytowało. Riven drgnął, kiedy ją zobaczył. Teraz dziękował Bogu, że ma na głowie hełm, który częściowo go kamufluje. Jedynie oczy mogły go w tej chwili zdradzić, lecz było to- przynajmniej dla Rivena- mało prawdopodobne. Mimo wszystko jednak, wycofał się do ostatniego rzędu. Wolał dmuchać na zimne. Nie był jeszcze gotowy, aby porozmawiać z Musą. Chciał zaczekać, aż ten cały cyrk się skończy. Księżniczka jeszcze raz przyjrzała się przybyszom. Aż się w niej zagotowało, kiedy zauważyła stojącą z boku, tą złotowłosą dziewczynę, którą po ostatnim incydencie zdążyła do reszty znienawidzić. Z trudem utrzymała swoje nerwy na wodzy. Odetchnęła głęboko i dołączyła do Orlando. 
- Zdecydowaliśmy się.- odpowiedział książę, a Alexander nie posiadał się w tej chwili z radości. Uściskał ich oboje, a oni spojrzeli na siebie i nieśmiało chwycili się za ręce. 
- Cudownie!- krzyknął Alexander, cały w euforii, a Musa poczuła się w tej chwili tak podle, jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Właśnie zgodziła się, wyjść za tego człowieka wbrew sobie. Nie sądziła, że kiedyś do tego dojdzie. Jej godność i niezależność bardzo na tym ucierpiały. No ale czy miała inne wyjście? Przecież musiała chronić swoją planetę bez względu na wszystko. Miała ten obowiązek nie tylko jako księżniczka, ale także jako wróżka strażniczka. 
- Jutro wielki dzień dla naszych planet.- odezwał się po raz kolejny, zadowolony jak nigdy, Alexander. 
- Z pewnością.- odparł książę z wrodzoną uprzejmością. 
- Czy mogę już iść do siebie?- zapytała szybko Musa, było widać, że ma już wszystkiego dość. Alexander, widząc jej frustrację skinął głową, a dziewczyna natychmiastowo wparowała na schody. Przyśpieszyła gwałtownie, kiedy przypomniała sobie, że Nex wciąż czeka pod oknem jej komnaty. Ariel natomiast odprowadziła ją zagadkowym spojrzeniem. Przyglądała jej się do chwili, kiedy nie zniknęła za drzwiami. Była ciekawa, czy przeczytała jej list. A jeżeli tak, to zastanawiała się jaka była jej reakcja na treść w nim zawartą. Niedługo po jej zniknięciu, Xavier wytłumaczył im mniej więcej co mają robić, oraz podzielił ich na grupy oraz każdej z nich wyznaczył komnatę, w której będą mogli się przespać, chociaż ich zadanie głównie polegało na patrolowaniu okolicy. Riven był w grupie z Ryanem i na swoje nieszczęście z Allanem i jeszcze innym żołnierzem, którego nie znał. W takiej sytuacji postanowił oddać się całkowicie swoim obowiązkom i jak najmniej czasu spędzać w ich towarzystwie. Nie zastanawiając się długo zgłosił się na ochotnika i jako pierwszy rozpoczął patrol. Na dworze królewskim, w znaczącej odległości dostrzegł Nexa, który również go zauważył. Nie był pewien, czy go rozpoznał, ale jego mina mogła sugerować, że jakimś cudem udało mu się. Patrzyli na siebie w ciszy, żaden z nich nie ośmielił się wykonać choćby najmniejszego ruchu. W końcu, Riven odchrząknął znacząco i poszedł w swoją stronę, nie odwracając się ani razu. 

Musa wpadła do pomieszczenia i natychmiast otworzyła okno. Palladium stał na zewnątrz naburmuszoną miną. 
- Jak miło, że w końcu sobie o mnie przypomniałaś!- krzyknął z sarkastycznym uśmieszkiem na twarzy. Musa wywróciła oczami z rozbawieniem. Dobrze wiedziała, że Nex uwielbiał urządzać takie teatrzyki. 
- Właź do środka.- rzuciła przez śmiech otwierając szerzej okno.
- Już mi się odechciało.- burknął niczym nadąsany dzieciak, odwracając się do niej tyłem. Czarodziejka parsknęła śmiechem.
- I wiesz co teraz zrobię?- zapytał patrząc na nią przez ramię.- Pójdę na spacer, o!- i po tych słowach, wciąż udając obrażonego zaczął stopniowo oddalać się od pokaźnego budynku. Musa odprowadziła go swoim perlistym śmiechem i zamknęła okno. Ten facet był po prostu niemożliwy. Z uśmiechem na ustach rzuciła się na swoje miękkie łóżko i odetchnęła głęboko. Chciała cieszyć się ostatnimi chwilami spokoju. 




****

Swój patrol kontynuował do czasu, aż zapadła całkowita ciemność. Zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami, teraz pałeczkę przejmuje wojownik z innej grupy, dlatego też Riven mógł sobie pozwolić na chwilę odpoczynku. Powolnym krokiem powrócił do zamku, jednak nie zamierzał wchodzić do środka. Zakradł się niespostrzeżenie w miejsce, w którym parę godzin temu dostrzegł Nex'a. Intuicyjnie wspiął się na pobliskie drzewo i usiadł na potężnej gałęzi. Uśmiechnął się. To była właśnie jej komnata, właśnie tutaj chciał trafić. Zapatrzony przez szybę, kompletnie stracił poczucie czasu, przez co czuwał pod jej oknem aż do rana. 

Czarodziejka wciąż leżała na łóżku, uwielbiała wylegiwać się beztrosko, kiedy towarzyszyły jej dźwięki jej ulubionych piosenek. Mogłaby tak leżeć bez końca. W pewnym momencie, leniwie podniosła się i spojrzała przez okno. Było już ciemno, lecz zdołała ujrzeć jakiegoś osobnika siedzącego na drzewie. Na początku nieźle się wystraszyła, lecz za chwilę uświadomiła sobie, że to pewnie Nex raczył powrócić ze swojego spaceru. Z początku chciała otworzyć okno i go wpuścić, lecz za chwilę rozmyśliła się, skoro nie chciał wejść od razu, teraz niech tak siedzi do rana.
Musa zaśmiała się ponownie, a następnie po niedługiej chwili głośno ziewnęła. Sięgnęła po swoją koszulę nocną, jeszcze raz spoglądając na ciemną noc za oknem. Nieświadoma niczego, wystawiła język domniemanemu palladiumowi, a następnie udała się do łazienki. Była zbyt zmęczona, by zauważyć, że po drugiej stronie, świecące w mroku tęczówki nie mają barwy złocistego miodu, lecz charakterystycznie fiołkową..


****
Cóż..
miało być dłużej, ale jak zwykle wyszło odwrotnie niż od początku planowałam.

No w końcu udało mi się zebrać i ukończyć ten 22 rozdział. Przepraszam bardzo, że jest on tak długi i w zasadzie bezsensowny...ale tak to jest jak się pisze z 38- stopniową gorączką..ale jak wiadomo zarówno choroba jak i natchnienie pory nie wybiera i trzeba było się przełamać. Mam nadzieję, że mimo wszystko, jest to jako tako szykownie napisane. Zgodnie z obietnicą jest fragment z Laylą i Nabu...w kolejnych rozdziałach będzie ich jeszcze więcej :). Przepraszam za kolejne, fatalne opóźnienie, ale mam ostatnio sporo na głowie..wiadomo, kończył się semestr więc trzeba było posiedzieć trochę nad książkami. Jednak niedługo mam ferie, więc pewnie będę pisać trochę więcej :). 






czwartek, 14 stycznia 2016

Informacja.



Witam.  

Niestety pierwszą notką w 2016 roku nie będzie nowy rozdział, tylko krótka informacja :). W ramach tego, że ostatnio bardzo rzadko dodaję posty z powodu braku wystarczającej ilości wolnego czasu, postanowiłam przynajmniej sprawić Wam przyjemność i poeksperymentować trochę z wystrojem bloga, na razie przedstawiam Wam tylko nagłówek, bo nad tłem jeszcze pracuję :). Jak Wam się podoba?
I jak Wam się wiedzie w nowym roku? 
Kiedy macie ferie? :D.
PS. W piątek ponownie zabieram się za pisanie (mam już napisany kawałek kolejnego rozdziału) więc w niedzielę lub poniedziałek powinien już zostać w całości opublikowany :).
Pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam za opóźnienia. 
MG :). 

czwartek, 17 grudnia 2015

Chapter 21.


Rozdział dedykowany wszystkim, którzy to czytają i wciąż wyczekują kolejnych rozdziałów. Szczególnie dziękuję za motywację mojej Paulince <3,
Lunie, Lucky, Madzi i Anonimkowi za wspaniałe i niezwykle motywujące komentarze :*. 

Granatowe tęczówki, już chyba po raz setny rejestrowały krajobraz rozciągający się dookoła. Młody mężczyzna siedział na skraju urwiska. Martwym wzrokiem wpatrywał się w bliżej nieokreśloną, mglistą przestrzeń, będącą bezwątpliwie jedynie wytworem jego wyobraźni. Jego powieki, powoli stawały się coraz cięższe, tak jakby były zmuszone dźwigać olbrzymi ciężar, z którym po prostu nie dawały sobie rady. Jednak ich właściciel zdawał się nie zwracać na to uwagi. Siedział w miejscu, dosłownie jak skamieniały. Gdyby tylko miał siłę, pewnie rzuciłby się za nią w pogoń, lub przynajmniej uwolniłby swoje negatywne emocje, wyżywając się na wszystkim, co wpadnie mu w ręce. Nie odczuwał jednak złości, ani nawet żalu, czy smutku. Czuł jedynie pustkę. Samotność doskwierała mu teraz jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Nieśmiały płomyczek nadziei, który od zawsze tlił się gdzieś w jego wnętrzu, wraz ze znikającą w lesie maszyną, zdawał się zgasnąć na dobre. Pomimo tego, iż przewidywał całą tą sytuację i, że teoretycznie był na nią emocjonalnie przygotowany, teraz czuł się rozbity. Nie wiedział co ma ze sobą zrobić. Czasem łudził się, że być może jednak zdarzy się zupełnie odwrotnie, Musa rzuci się mu na szyję, a on nareszcie będzie mógł ją przytulić i poczuć jej bliskość..po tylu latach. Niestety jednak, stało się to, czego obawiał się od kiedy sięgał pamięcią. Zapomniała o nim, nieświadomie przekreślając ich krótką, choć istotną przeszłość, oraz wspólną perspektywę na przyszłość. 
I co mu teraz pozostało? Miał żyć tak, jakby ona nie istniała? Też zapomnieć? Mógł próbować, ale już na samym starcie był pewien, że było to dla niego nieosiągalne. Bez względu na to, jak bardzo by się starał, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nigdy nie zdoła jej wymazać ze swoich wspomnień, bo choć blade i niewyraźne, zawsze była, jest i będzie ich częścią. Bez względu na wszystko. 
Głuchy wiatr poruszył okolicznymi drzewami, buchając mu przy tym w twarz. Jego ciało mimowolnie zadrżało z zimna, a ręce, niczym dwa magnesy przywarły do siebie, chcąc przekazać sobie wzajemnie niezbędne zapasy ciepła. Dreszcze coraz intensywniej przeszywały całe jego ciało, jednak on, zdawał się nie zwracać na to w ogóle uwagi. Kto wie, może aż tak pogrążył się w swoim smutku, że nawet tego nie odczuwał? 
Mimowolnie, wspomnienia związane z czarodziejką nieuchronnie powracały do niego, choć spowite jakby dziwną mgłą. 

Mały chłopiec, samotnie spacerował po ogromnym pałacu. Było już grubo po północy, jednak on nie chciał spać. Od pewnego czasu czuł się jakoś tak dziwnie, nienaturalnie. Przez cały czas był zagubiony, przestraszony, zestresowany, co w wieku dziesięciolatka, było raczej rzadkością. Jego rówieśnicy nie znali żadnych z tych negatywnych uczuć. Codziennie zupełnie beztrosko bawili się na świeżym powietrzu, zachwycając się przyrodą i małymi krokami odkrywając świat, który z ich punktu widzenia składał się z samych pozytywów i krył w sobie wiele tajemnic, wartych do odkrycia. Jednak jeden członek gromadki tych uroczych brzdąców przekonał się na własnej skórze, że nie zawsze ma się w życiu z górki. Wręcz przeciwnie, ten malec od samego początku musiał wspinać się po metaforycznych, stromych pagórkach, z których bardzo łatwo jest spaść. Pomimo młodego wieku, doświadczył w życiu więcej, niż niejeden dorosły mężczyzna. Doświadczył niewątpliwie największej tragedii, jaką można by było sobie wyobrazić. Śmierć matki, która odeszła..tak z dnia na dzień. Wiadomość o jej nieuleczalnej chorobie, spadła na rodzinę jak grom z jasnego nieba. Została wykryta za późno, w końcowej fazie rozwoju. Wielu przedstawicieli zaawansowanej medycyny, wytrzeszczało oczy w niemym zdumieniu i stwierdzali, że nie mieli pojęcia o takiej chorobie. Fakt faktem, jej objawy były bardzo nietypowe. Zaczęło się od wyraźnej dekoncentracji, a skończyło na całkowitym paraliżu ciała. Wraz z każdą komórką w organizmie kobiety, doszczętnie zdrętwiało także serce, które niestety, już nigdy nie miało szansy powrócić do normalnego funkcjonowania. 
Od śmierci Matlin, chłopak przeżywał prawdziwe piekło. Codziennie był zmuszany do nauki różnych idiotycznych zasad i dobrych manier, które powinien znać każdy, przyszły następca tronu. Nauka i ćwiczenia zajmowały mu praktycznie całe dnie. Nie miał w ogóle czasu dla siebie. Jedyną chwilą wytchnienia były chłodne, zimowe wieczory, gdzie temperatura panująca na zewnątrz nie pozwalała wystawić na świeże powietrze choćby czubka nosa. To właśnie wtedy, mały Ryan przebywał w swojej komnacie i napawał się spokojem. Niestety, szybko zaczynało mu się nudzić, więc wiele razy wymykał się z zamku, pomimo okropnego zimna i dyskretnie wchodził do komnaty, gdzie znajdowała się jego siostrzyczka, z którą od jakiegoś czasu nie wolno mu było się widywać. Ryan, pomimo młodego wieku już czuł się odpowiedzialny za siostrę. Mama wiele razy powtarzała mu, że jako starszy brat będzie musiał w przyszłości pilnować małej Musy i od śmierci rodzicielki, mały chłopiec starał się z tego wywiązywać jak najlepiej, jednak nadzwyczajnie trudno mu było wywiązać się z obietnicy, kiedy na każdym kroku, wszyscy próbowali go odciągnąć jak najdalej od dziewczynki. Wielokrotnie zadawał różne pytania, chciał wiedzieć dlaczego tak jest, ale nigdy nie otrzymał żadnej logicznej odpowiedzi. "Tak musi być i koniec"- to jedyne słowa jakie słyszał z ust zamkowej służby. Nie rozumiał także, dlaczego tylko Musa jest objęta tak ścisłą "ochroną"przed nim. Towarzystwo półrocznej wówczas Galatei naprawdę dawało mu się we znaki. Łaziła za nim dosłownie wszędzie, a buzia praktycznie ani na chwilę jej się nie zamykała, a na dodatek w ogóle nie można było jej zrozumieć. Krótko mówiąc od dziecka była nieznośna. Dlatego musiał radzić sobie sam. Mógł tylko pomarzyć o spokojnym i normalnym przejściu przez próg komnaty księżniczki Musy. Strażnicy pilnowali jej nieustannie dzień i noc, więc nie mógł liczyć na zwykłe szczęście. Dlatego czasem, kiedy starczało mu sił wchodził do jej pokoju przez okno. Uwielbiał patrzeć jak słodko śpi, niestety  często miewała koszmary. Mały Ryan, śpiewał jej wtedy piosenki, które usłyszał od mamy. To zazwyczaj działało od razu. Grymas na twarzy zaspanej dziewczynki łagodniał a ona układała się wygodniej na miękkim posłaniu, jeszcze bardziej wtulając twarz w poduszkę. 
Niestety, nocne schadzki Ryana długo nie potrwały ponieważ pewnego, niefortunnego razu nieszczęśliwie spadł z drzewa, którego używał, aby wspiąć się na odpowiednią wysokość. Przy okazji złamał sobie rękę i nabawił się zapalenia płuc poprzez lodowatą temperaturę. Od tamtej pory coraz rzadziej widywał Musę, można rzec, że prawie wcale. Starał się to zmienić, lecz niestety nic z tego nie wyszło. A kiedy dowiedział się całej prawdy o przeszłości, jego świat zawalił się i nic nie wskazywało na to, aby kiedykolwiek miał znowu się odbudować.... 



****


Wędrowała już tak chyba z dwie godziny. Z każdą kolejną sekundą bezsensownego marszu wśród z pozoru niekończących się korytarzy, jej irytacja przybierała na sile. Kto by pomyślał, że taka jedna szkoła dla wróżek może mieć tyle pomieszczeń? Co chwila, wchodziła bez pukania przez kolejne drzwi. Niektóre z nich były zamknięte, a jeżeli już otwarte, zazwyczaj puste. Złotowłosa westchnęła naciskając już dziesiątą z kolei klamkę. Drzwi zaskrzypiały nieprzyjemnie, ale otworzyły się. Dziewczyna weszła do środka.
- Halo! Jest tu kto?- wysoki sopran odbił się od ścian pomieszczenia i powrócił do właścicielki. Nic. Znowu pusto. 
- Rany..-warknęła Ariel, ze złości waląc pięścią w lekko postarzałe mury. 
- Mogę w czymś pomóc?- usłyszała jakiś głos za plecami, przez co natychmiastowo się odwróciła. W drzwiach zobaczyła dość wysoką i zgrabną, młodą kobietę z burzą rudych, lekko falowanych włosów na głowie. Błękitne tęczówki czarodziejki uważnie ilustrowały jej osobę. 
- Właściwie to tak.- odparła blondynka, niezbyt przyjemnym tonem.- Szukam pewnej dziewczyny o imieniu Musa. 
Bloom zmarszczyła czoło w skupieniu. Nie odzywała się przez dłuższą chwilę, walcząc z bliżej niezrozumiałymi obawami, jakie się w niej obudziły. Nie znała tej dziewczyny. W takim razie skąd ona znała jej przyjaciółkę? I skąd się tu w ogóle wzięła? Czarodziejka smoczego płomienia była pewna jedynie tego, iż tajemnicza osoba stojąca przed nią, nie budzi w niej zaufania. 
- Kim jesteś?- spytała ostro, krzyżując ręce na piersi. 
- Nie ważne.- padła skromna i niezbyt uprzejma odpowiedź.- Chcę tylko wiedzieć gdzie jest Musa. - upierała się Ariel, coraz bardziej się niecierpliwiąc. Ceremonia w Zakonie zbliżała się wielkimi krokami, a jej obecność na tym wydarzeniu była wręcz konieczna. Do tej pory nie opuściła żadnej z nich, więc i tym razem nie mogło być inaczej. Nie miała ani czasu, ani ochoty na takie bezsensowne przedstawienia. 
- Nie czuję się upoważniona do przekazywania Ci takich informacji.- odparła nadąsana księżniczka Domino. Złotowłosa zacisnęła usta i odetchnęła głęboko. Rany, jakie te wróżki są nieznośne! Nie mogła zrozumieć co Riven widzi w tej jednej z nich, no ale skoro mu obiecała..
- Po prostu powiedz, jest tutaj, czy nie?- warknęła przez zęby, powstrzymując się ostatecznie od wybuchu złości. 
- Nie.- syknęła w odpowiedzi Bloom, gniewnie mrużąc oczy. Nie miała w zwyczaju być tak niemiła w stosunku do gości, jednak w tym przypadku nie umiała powstrzymać złośliwości. Sama nie rozumiała dlaczego. 
Ariel westchnęła i nagle wyciągnęła z kieszeni spodni niewielką, trochę wygniecioną kopertę i wręcz na siłę wepchnęła ją do ręki rudowłosej. 
- Przekaż jej ten list.- nie zabrzmiało to ani trochę jak prośba, lecz jak rozkaz. Po tych słowach Ariel po prostu odwróciła się, i wyskoczyła na zewnątrz przez okno, zgrabnie lądując na dziedzińcu. Bloom odprowadziła ją nienawistnym spojrzeniem i w pewnym momencie nawiedziła ją okrutna myśl, aby wyrzucić kopertę do śmieci. Powstrzymała się jednak od tego, kiedy uzmysłowiła sobie, iż może być to coś ważnego. Podbiegła do okna, a jej tęczówki zdołały zarejestrować jedynie znikające za bramami Alfei, złote kosmyki włosów. Nieustannie męczyło ją to jedno i to samo pytanie. Kim ona jest? 


****

Powolnym krokiem, Riven opuścił zamek Xaviera. Na jego ustach wciąż królował niepożądany, lekko cwaniacki uśmieszek. Chyba po raz pierwszy w życiu dopisało mu szczęście. Pomimo, iż Xavier dowiedział się o nieplanowanej i zupełnie przypadkowej "wyprawie" Rivena do tajemniczego miejsca, nie był ani trochę zły. No, przynajmniej nie na specjalistę, lecz na swojego wieloletniego podopiecznego, Allena. Mistrz był wściekły na niego za to jak traktuje nowych przybyszów, to nie był pierwszy raz, kiedy zachował się tak bezczelnie. Za karę, doświadczony wojownik miał zakaz wstępu na zbliżającą się Ceremonię, co było dla niego wystarczająco upokarzające. Temat nielegalnej wyprawy do zagadkowego miejsca i kwestię tajemniczego miecza, który Riven odkrył przez przypadek, Xavier skomentował jedynie zaskoczeniem. Był pod wrażeniem spostrzegawczości i odwagi, jaką wykazał się specjalista. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, iż wielki potencjał, jaki dostrzegł w Rivenie imponująco wzrastał z każdym dniem, co oczywiście działało na jego korzyść. 
Od dłuższego czasu słyszał za sobą irytujące kroki, przez co przystanął gwałtownie i odwrócił się błyskawicznie. 
- Czego chcesz?- warknął bordowowłosy, patrząc na Allen'a spod byka. 
- Może trochę grzeczniej?- zaśmiał się z sarkazmem brunet, podchodząc nieco bliżej.
- I kto to mówi?- odgryzł się specjalista, tym samym tonem. 
- Dopiero co się pojawiłeś, a już Cię nie znoszę.- wojownik obdarzył Rivena mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. 
- Jak mi przykro.- wciąż ironizował buntownik.- To wszystko? W takim razie wybacz, ale spieszy mi się.- uciął szybko niechcianą dyskusję i nie zważając na nic ponownie ruszył przed siebie. Niepozornie i dosłownie w ułamku sekundy spojrzał za siebie i poczuł dziwną satysfakcję widząc zdumionego Allen'a, który nie zdołał się poruszyć nawet o milimetr. Cwaniacki uśmieszek znowu wkradł się na jego usta. Następnie schował dłonie w kieszeniach i nogi praktycznie same zaczęły go prowadzić. 


****

Leżał skulony na brudnej ziemi, trzęsąc się z zimna. Słońce, które nieśmiało zmierzało ku centrum widnokręgu sprawiło, że na jego czole zagościł oszpecający grymas. Otworzył oczy, próbując skojarzyć fakty. Przyjechał drżącą dłonią po twarzy, masując obolałe skronie. Zamrugał gęsto powiekami i ze zdziwieniem odkrył, że strasznie pieką go oczy. Nie wiedział czym może być to spowodowane, ale jednocześnie uporczywy ból głowy uniemożliwił mu dalsze rozważania w tej kwestii. Powoli dźwignął się na nogi i rozejrzał się. Nadal znajdował się na cmentarzu, tuż nad urwiskiem. Stopniowo zaczął przypominać sobie urywki z poprzedniego dnia, chociaż wolałby raz na zawsze wyrzucić je z pamięci. Stał chwilę w bezruchu, ciesząc się ostatnimi chwilami błogiej ciszy. W jednej chwili zmrużył oczy, wpatrując się uparcie w jeden punkt. Gdzieś pomiędzy drzewami zdołał dostrzec okazale wznoszącą się wieżę Pałacu Królewskiego. Na jej czubku był umieszczony jakiś przedmiot, co po dokładnym przebadaniu, Ryan uznał za flagę. Była ona jednak wywieszana tylko wtedy, kiedy zbliżała się jakaś ważna data dla planety. A skoro w najbliższych dniach nie było żadnego święta, oznaczało to, iż niezwykle ważne wydarzenie miało mieć miejsce na Melodii. Tylko co to mogło być..? Ryan westchnął, przelotnie spoglądając na grób rodzicielki. Niemrawo podszedł bliżej, uklęknął i odmówił w duchu modlitwę. Pojedyncza łza spłynęła mu po policzku, którą otarł natychmiast. Z transu wyrwały go dopiero ptaki, które swoim porannym śpiewem pobudzały mieszkańców, jak i całą planetę do życia. Jak na zawołanie, mężczyzna zwinnym susłem zanurkował do gęstej roślinności. Nie chciał, aby jego obecność została odkryta przez kogokolwiek. Najwyższa pora wracać. 


****

Ściskając w dłoni niewielki kawałek papieru, wróciła do swojego pokoju. To nie do wiary, jaka ta blondyna była bezczelna! Już dawno nikt nie zdołał tak zajść za skórę rudowłosej. Wparowała do pomieszczenia, przekuwając chwilową uwagę Tecny, która usiłowała już po raz dziesiąty skontaktować się wreszcie z Musą. Bariera wokół Melodii zniknęła, z bliżej nieokreślonych przyczyn. Kiedy tylko czarodziejka technologii odkryła to, natychmiast rozpoczęła serię nieudanych jak do tej pory, prób skontaktowania się z przyjaciółką. Słysząc już któryś raz z rzędu tą samą formułkę recytowaną przez automatyczną sekretarkę, palce czarodziejki mocno zacisnęły się na niewielkim urządzeniu elektrycznym, prawie go niszcząc. 
- To nie do wiary.- warknęła Tecna, odrzucając telefon gdzieś w kąt.
- O, w końcu jesteś, Bloom!- zawołała Stella, zadowolona z tego faktu.- Co tam masz?- ciekawość blondynki, znowu dała o sobie znać.
- List do Musy.- odparła, wciąż lekko oziębionym tonem. 
- Od kogo?
- Od jakiejś dziewczyny, nie wiem, nie znam jej.- odparła Bloom, grając obojętną i odłożyła lekko wygniecioną kopertę na biurko w pokoju przyjaciółki.
- Mogę zobaczyć?- dociekała Stella, wpatrując się w przyjaciółkę niczym pięciolatka w swoją mamę, prosząc o lizaka. 
- Stella!- pouczyła ją natychmiast Bloom.- Nie wolno czytać cudzej korespondencji!
- Staroświeckie poglądy.- mruknęła pod nosem czarodziejka słońca, jednak zrobiła to na tyle cicho, aby nikt, poza nią, nie mógł tego usłyszeć.- Nie chcę tego czytać. Tylko zerknę!- upierała się dziewczyna.
- Nie ma mowy.- ucięła krótko Bloom rozsiadając się na kanapie.- Widziałyście może Florę?
- Jakieś dwie godziny temu.- mruknęła nieobecnie Tecna, gdyż Stella tradycyjnie udała obrażoną, wtedy kiedy coś poszło nie po jej myśli.- Wyszła na spacer. 
- I nie wróciła do tej pory?- zaniepokoiła się rudowłosa.
- Nie panikuj.- czarodziejka technologii jak zwykle pozostała opanowana.- Na pewno zaraz wróci. 
- Nie jestem pewna.- burknęła Bloom, która rzeczywiście nie wyglądała na zbytnio przekonaną. Już od dawna czuła, że nad nią i nad jej przyjaciółmi wisi coś dziwnego. Coś tajemniczego i niebezpiecznego. Na dodatek zniknięcie Layli i Musy...no właśnie, brak jakichkolwiek wiadomości od jednej i od drugiej, w żaden sposób nie był normalny, co napawało ją niepokojem jeszcze bardziej. 
Czarodziejka smoczego płomienia westchnęła jedynie i sięgnęła po pierwszą lepszą książkę, aby tylko czymś się zająć. Niezbyt długo jednak delektowała się lekturą, gdyż drzwi od ich wspólnego pokoju otworzyły się. W nich stanęła właśnie Flora, jednak wyglądała jakoś tak dziwnie, nienaturalnie. Oczy przygaszone, skóra o wiele bledsza niż zwykle, plecy zgarbione. Pozostałe osoby, znajdujące się w pomieszczeniu wymieniły się zaniepokojonymi spojrzeniami. Nawet Tecna, podchodząca do wszystkiego z dystansem i zawsze znajdująca logiczne i na ogół trafne rozwiązania, wyglądała na bardzo przejętą. 
- Floro, wszystko w porządku?- zapytała Stella, podchodząc do przyjaciółki. Ta, popatrzyła na nią jakoś tak nieprzytomnie, tak jakby z początku nie pamiętała, kto to jest. 
- Tak.- odparła, po chwili grobowej ciszy. Jej głos, kiedyś melodyjny i niezwykle delikatny teraz stał się szorstki i zimny jak lód. Można było powiedzieć, iż jest przerażająco i bliźniaczo podobny do tego jaki zawsze rozbrzmiewał z ust, wszystkim znanej, lodowej wiedźmy- Icy. 
Następnie, Flora, sztywnym krokiem, wyglądająca jak półprzytomny robot zaszyła się bez słowa w swojej sypialni. 
- Jeszcze tego brakowało.- jęknęła Stella, siadając na parapecie i uparcie patrząc przez szybę na bliżej nieokreślony punkt. Najwyraźniej ona również coś wyczuwała i miała dość tej całej sytuacji. Co będzie następne? Na co mają się przygotować? 

                                                                                      ****

Nie wiadomo dlaczego, nogi poniosły go do jego domku, w którym już niedługo będzie mieszkał nowy przybysz. Usiadł na łóżku i wyciągnął z kieszeni kryształek, jaki zdołał "ukraść" z tamtego dziwnego, jak i pięknego, tajemniczego miejsca. Wpatrywał się w piękny kamień, który błyszczał w promieniach słońca, które wpadały do niewielkiego domku przez równie niewielkie okna. Powoli obracał małe cudeńko w dłoniach, a uśmiech sam wkradał mu się na usta. Barwa, prezentowana przez kryształ była tak bardzo podobna do tej, którą były wypełnione jej magiczne tęczówki. Cały czas miał je przed oczami. Uwielbiał te drobne, wesoło tańczące iskierki, które pojawiały się w jej oczach zawsze, kiedy była radosna. I znów coś ścisnęło go w środku, tak było za każdym razem, kiedy sobie o niej przypomniał..chociaż..przecież pamiętał o niej zawsze, każdego dnia. Wciąż żywił się nadzieją, że jednak na niego czeka, że za nim tęskni, tak samo jak on za nią. Nadal dręczyły go wyrzuty sumienia, obwiniał się o to wszystko. Być może dlatego tak bardzo pragnął czyjegoś towarzystwa? Może pragnął jedynie uwolnić się od przykrych i przytłaczających myśli, które nawiedzały go zawsze, kiedy zostawał sam? 
Mężczyzna westchnął, jeszcze raz spoglądając na błyskotkę. Postanowił zrobić z niej kolejny prezent dla Musy. Nie miał jeszcze pomysłu jak go jej przekazać, no ale przecież najważniejsze są dobre chęci, prawda? I z taką myślą zabrał się do pracy. 


****


Pomimo, iż wytężała wzrok do maksimum nie mogła nic dostrzec. Nic poza czubkiem własnego nosa. Niesamowicie gęsta mgła spowiła wszystko dookoła. Zaczęła obracać się dookoła własnej osi, wytężyła nawet swój doskonały słuch, lecz to również nie przyniosło rezultatów. Poszukiwała jakiejś wskazówki, kompletnie nie wiedziała co ma w tej chwili zrobić. Instynktownie zaczęła biec przed siebie. Jednak pomimo przebywanych przez nią metrów, mgła ani na moment nie opadła. Do czasu, kiedy nie wiadomo skąd, intensywne światło przebiło się przez barierę dymu. Musa gwałtownie stanęła marszcząc czoło, kiedy promienie słoneczne lekko ją oślepiły na ułamek sekundy. Przed sobą zdołała ujrzeć czyjąś niewyraźną sylwetkę, którą nieustanny wiatr, trochę rozwiewał.
- Bądź czujna. Niebezpieczeństwo się zbliża.- usłyszała nagle przez cofnęła się odrobinę, tak jakby bała się, że z pozostałości mgły wyłoni się za chwilę krwiożercza bestia, z chęcią mordu wypisaną w głębokich ślepiach. Zanim jednak zdołała otworzyć usta, z zapytaniem o szczegóły wiatr i światło zniknęły w jednym momencie, a postać rozmyła się całkowicie. 
- Jakie niebezpieczeństwo?!- wrzasnęła rozkładając bezradnie ręce, lecz nie uzyskała żadnej odpowiedzi...



Tym razem to nie promienie słońca wykradły ją niespodziewanie ze słodkiej krainy Morfeusza. Teraz był to nieznośny dźwięk skrzypiących zawiasów, które koniecznie potrzebowały naoliwienia. Czarodziejka muzyki westchnęła przewracając się na drugi bok. Nie było przecież tajemnicą, iż Musa miała niesamowicie wyczulony słuch, przez co słyszała każdy, nawet najmniejszy szmer. Czasem miało to swoje plusy, jednak niestety, tak jak i w tym przypadku, przeważały minusy. Poczuła dziwne mrowienie w karku, więc leniwie podniosła się do pozycji siedzącej, następnie spojrzała w stronę drzwi, w głowie układając już staranną listę obelg, którymi miała obsypać Nex'a za tą poranną pobudkę. Jednak w drzwiach nie zastała swojego przyjaciela. To, kogo tam ujrzała, sprawiło, że miała ochotę podskoczyć do samego sufitu. Zerwała się z łóżka i podbiegła do staruszka, rzucając mu się na szyję. Hoe- Boe przygarnął ją do siebie i mocno przytulił. Musa zaczęła niekontrolowanie drżeć w jego ramionach, a łzy ciurkiem poczęły spływać po jej porcelanowych policzkach. Rany, jak bardzo się o niego martwiła! I jak to dobrze, że jest cały i zdrowy! W tym momencie, czarodziejka zupełnie zapomniała o tym całym śnie, oraz o domniemanym niebezpieczeństwie, jakie jej grozi. 
- Gdzie byłeś?! Martwiłam się o Ciebie!- wypaliła, kiedy dziwna gula tkwiąca w jej gardle przez jakiś czas, w końcu jakby ustąpiła. 
- To nie jest teraz istotne.- uciął szybko i delikatnie odsunął ją od siebie.- Musisz natychmiast wrócić do zamku. 
- Nie ma mowy.- Musa zdawała się być nieugięta.- Nie wrócę tam. 
- Przykro mi, ale nie masz wyboru. Strażnicy przeczesują teraz całą planetę i Cię szukają. Mieszkańcy nie mają spokoju, bo oni co chwilę strażnicy odwiedzają każdego i pytają czy przypadkiem Ciebie nie widzieli. Strach pomyśleć, co będzie za kilka dni. Naprawdę, wiem, że nie chcesz tam wracać, ale niestety musisz. I tak nie uciekniesz przed tym, co ma się stać.
- Ty coś wiesz.- stwierdziła Musa, gwałtownie cofając się do tyłu.
Hoe- Boe nic nie odpowiedział, jednak to było tylko potwierdzeniem dla młodej czarodziejki. Poczuła jakąś taką dziwną złość, tak jakby właśnie została zdradzona, choć dla wielu mogłoby to wydawać się śmieszne.  Odwróciła się tyłem do mężczyzny i zaczęła w szybkim tempie pakować swoje pozostałe rzeczy do pierwszej lepszej torby, którą wyciągnęła z szafy. Zostawiła tylko zwykłe jeansy, trampki i top na ramiączkach i po niecałym kwadransie była już spakowana. 
- Co robisz?- zdziwił się staruszek, widząc jej postępowanie.
- Wracam do domu.- rzuciła nieprzyjemnym tonem.- Tego przecież chciałeś, nie?- mężczyzna westchnął wyczuwając złośliwość w jej głosie. Była na niego wściekła, to było widać. Może powinien powiedzieć jej o wszystkim już dawno? Tylko, czy to by coś zmieniło? No właśnie, chyba nie. 
W oka mgnieniu przebrała się i przemyła twarz zimną wodą. Związała włosy w niesfornego kucyka i opuściła pomieszczenie, które jeszcze do niedawna było jej sypialnią. Zwinnie zeszła po schodach i zastała Nex'a siedzącego na kanapie z kubkiem w ręku.
- Ruszaj się, zwijamy się stąd.- zarządziła surowo, rzucając mu kurtkę, którą podarował jej poprzedniego dnia, aby nie zmarzła. 
- Dokąd?- zapytał chłopak, patrząc na nią ze zdziwieniem.
- Do zamku.- mruknęła niezadowolona, wyraźnie zniecierpliwiona. 
Nex, pomimo swojego zdziwienia o nic już nie pytał. Spojrzał tylko przelotnie na staruszka, stojącego w kącie. Palladium dokończył poczęstunek, jaki otrzymał od Hoe- Boe, podziękował mu i razem z Musą opuścił drobną chatkę. Czarodziejka nawet nie pożegnała się ze staruszkiem, co było dla chłopaka szczególnie zadziwiające. Jej ponury nastrój był wyczuwalny praktycznie na kilometr, dlatego milczał nie chcąc dodatkowo jej drażnić. Wsiedli na motor chłopaka i po chwili znowu mknęli przez pobliskie lasy, a walizki dziewczyny, magicznie zaczarowane mknęły tuż za nimi, lewitując w powietrzu. 
Już po chwili stanęli na królewskim dziedzińcu. Nex wiedział, że nie ma szans dostać się do środka tradycyjnym sposobem, więc zaparkował maszynę gdzieś na uboczu i zaczaił się pod oknem w komnacie Musy. Umówili się, że dziewczyna wpuści go oknem, bo innego wyjścia nie było. Oczywiście chłopak nie brał w ogóle pod uwagę tego, że mógłby opuścić przyjaciółkę. Teraz już nie złożona kiedyś obietnica, trzymała go przy niej, tylko ta niezwykła więź, jaka narodziła się pomiędzy nim a czarodziejką muzyki. Sam nie potrafił określić, co to właściwie było, ale nie wyobrażał sobie, że kiedyś coś może ich rozdzielić. Niestety, nie wiedział co gotuje im los. 
Musa, kiedy została sama powoli kroczyła ku wrotom prowadzącym do pałacu. Z każdym kolejnym krokiem kolana dziwnie uginały się pod nią, a serce biło jej jak młotem. Zacisnęła jednak zęby i z dumnie uniesioną głową szła na przód. Czuła na sobie uporczywe spojrzenia ludzi znajdujących się na dziedzińcu. Wyglądali tak jakby im ulżyło. Niektórzy należycie kłaniali się swojej księżniczce, a inni po prostu schodzili jej z drogi. Nagle, kątem oka dostrzegła kilka dostojnych karot, zaprzężone w piękne rumaki. Wyglądały dosłownie jak te z bajek dla małych dziewczynek. Dziewczyna zmarszczyła czoło, jednak wiedziała, że dość już uciekania. Musi stawić czoło temu, co miało się wydarzyć. Stanęła przed wrotami i ułożyła na nich dłonie, popychając je mocno do przodu. Te, otworzyły się z taką siłą, iż chwilę później donośnie uderzyły w ściany zamku. Tym sposobem, spojrzenia wszystkich, znajdujących się w pomieszczeniu, w tym Alexandra. Wyraz jego twarzy był jak zwykle ostry i zimny, stał na środku korytarza i najwyraźniej czekał na jakieś wyjaśnienia od córki, których ona jednak nie zamierzała składać. Księżniczka spojrzała surowym spojrzeniem na każdego z osobna, dając im tym samym do zrozumienia, żeby powrócili do swoich obowiązków. Uczynili to, choć dyskretnie wciąż co jakiś czas zerkali na Musę. 
Musa i Alexander mierzyli się spojrzeniami, tak jakby chcieli się przekonać, kto wytrzyma dłużej, nie odwracając wzroku. Żadne z nich nie kwapiło się do tego, aby odezwać się jako pierwsze. W końcu król odchrząknął znacząco i przybliżył się nieco do córki. Dziewczyna zacisnęła usta, jednak nie cofnęła się. 
- Nareszcie jesteś.- przemówił w końcu mężczyzna.- Czy mogę wiedzieć, gdzie się podziewałaś?- spytał, próbując utrzymać łagodny ton, choć w środku, jego złość była naprawdę wielka. 
-  Nie mam pięciu lat, żeby Ci się spowiadać.- ucięła nieprzyjemną rozmowę czarodziejka, również starając się być opanowana.- Wróciłam tylko dlatego, żeby mieszkańcy mieli w końcu święty spokój.- dodała natychmiastowo opierając się o ścianę. 
- Dobrze, jak sobie życzysz.- odpowiedział Alexander.- Zaraz sprowadzę straż. 
Po tych słowach król, odesłał służbę do innych pomieszczeń. Musa ze zdziwieniem na twarzy obserwowała całą tą scenę. Czuła, że powinna natychmiast zaszyć się w swojej komnacie, ale co by to dało? Była pewna, że teraz nie uda jej się uciec z pałacu. Poza tym musi w końcu stawić temu czoła. Cokolwiek to by nie było, zapewne nie będzie dla niej niczym przyjemnym, ale musiała się z tym zmierzyć. Nie miała innego wyjścia. 
Chwilę później została sama w wielkiej komnacie. Alexander przed wyjściem oznajmił, że za chwilę ma kogoś poznać. Niecierpliwie stukała piętą o podłoże. W końcu doczekała się ponownego otwarcia wrót. Alexander wszedł do pomieszczenia z jakimś młodym mężczyzną. Musa obdarzyła go nieufnym spojrzeniem i wycofała się nieco do tyłu, tak jakby to miało jej w czymś pomóc. 
- Muso, poznaj księcia Orlando*.- wygłosił król wskazując na młodzieńca.- To twój przyszły mąż.- oznajmił tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Musiała minąć naprawdę spora chwila, zanim to do niej dotarło. I tak, to krótkie zdanie było powtarzane przez jej umysł chyba dziesięciokrotnie. Ale jak to mąż?! To jakaś kpina?! Drętwy żart?! Musiała podeprzeć się ściany, żeby przypadkiem nie zemdleć. Chwilę później, szok ustąpił miejsca dzikiej wściekłości. Czarodziejka zacisnęła ręce w pięści i sztywnym krokiem podeszła do Alexandra. W tym momencie zapomniała o wszystkim, a wszystkie zasady dobrego wychowania wyparowały z jej mózgu w ułamku sekundy. Zamachnęła się mocno, tak jakby chciała go uderzyć, jednak strażnicy w porę wkroczyli do akcji. Przytrzymali ją mocno, ale musieli naprawdę się natrudzić, żeby im się nie wyrwała. Jeden z nich, aż się cofnął kiedy spojrzał w jej oczy, w których dostrzegł czyste szaleństwo i ciskające jakby błyskawice. Zaczęła szybko oddychać, kiedy w końcu, jej zdrowy rozsądek na nowo się uruchomił. Kiedy opanowała się wystarczająco, strażnicy ją puścili, jednak wciąż pozostali w pobliżu, tak na wszelki wypadek. Spojrzała na tego mężczyznę. Był przystojny, to trzeba było przyznać. Miał opaloną cerę, rozczochrane kasztanowe włosy dodawały mu uroku, a zielone oczy, w których dostrzegła tak jakby odbijający się księżyc potrafiły oczarować każdą kobietę. Jednak nawet w najmniejszym stopniu nie mógł się równać do Rivena, przynajmniej w oczach Musy. Na myśl o specjaliście poczuła dziwne wyrzuty sumienia. Tak jakby narzeczeństwo powstało za jej zachcianką, choć w rzeczywistości było zupełnie odwrotnie. Miała wyjść za człowieka, którego widzi pierwszy raz na oczy. Przecież to niedorzeczność!
- Jakim prawem?!- warknęła, przybierając na nowo, wrogi wyraz twarzy. 
- Posłuchaj mnie.- oznajmił Alexander, podchodząc bliżej do córki. Jego głos był nadzwyczajnie łagodny, co budziło dodatkowe wątpliwości u dziewczyny.- Doszły mnie słuchy, że niebezpieczny czarnoksiężnik, jest znów na wolności. Obawiam się, że może on wkrótce zaatakować naszą planetę. 
- Ale co ślub ma do tego wszystkiego?!- wybuchła dziewczyna, odsuwając się od Ojca na dobry metr. 
- Daj mi skończyć. A więc Orlando jest księciem z planety Calmness. Jest to jedyna planeta w całym Magicznym Wymiarze, która nie brała udziału w żadnej bitwie. Dzięki temu posiada najliczniejszą armię i najlepsze złoże broni. Ślub ma być przypieczętowaniem paktu, który zawarłem niedawno z królem tamtej planety.- wyjaśnił Alexander, ściszając głos do minimum, tak, aby Orlando nie mógł nic usłyszeć. Musa przytaknęła. Chyba naprawdę nie miała wyjścia, w końcu chodziło o dobro Melodii. A skoro pakt z tamtą planetą ma ją ocalić..
- Potrzebuję trochę czasu do namysłu.- mruknęła czarodziejka i nie czekając na niczyje pozwolenie opuściła zamek, pogrążona we własnych myślach. 


****

W końcu skończył swoje dzieło. Mimo negatywnego podejścia do siebie i swoich osiągnięć, tym razem był z siebie naprawdę zadowolony. Wziął delikatny naszyjnik do ręki i jeszcze raz się mu przyjrzał. Był ciekawy, jak na niego zareaguje. Schował go do najniższej szuflady i starannie ją zamknął. Wstał i rozprostował się. Było to naprawdę pracochłonne zajęcie, ale poświęcony czas, na pewno nie poszedł na marne. Wyszedł przed domek i dostrzegł spacerującego samotnie Ryana. Nie zastanawiając się, dlaczego jest on w tak ponurym nastroju, podbiegł do przyjaciela.
- Ryan, wróciłeś!- zawołał na powitanie, stając przed chłopakiem. Ten uśmiechnął się tylko lekko, nie miał ochoty na rozmowę. Zanim jednak zdążył zapytać o powód przygnębienia granatowowłosego, coś przerwało ich dopiero co zaczętą rozmowę.
- Chłopaki, tu jesteście!- zaświergotała Ariel, podbiegając do nich.- Wszędzie Was szukałam. Zbierajcie się, ceremonia zaraz się zacznie.
- Już?- zapytał Ryan, wyraźnie zaskoczony. 
- Tak. No, już! Pośpieszcie się! Wszyscy na Was czekają!
- A co mamy robić?- zapytał zdezorientowany Riven.- Jak się do tego przygotować?
- Wszystko jest już przygotowane. Brakuje tylko Was. No już, migiem!
- A może mam się przebrać?- zażartował Riven, a Ariel jedynie parsknęła śmiechem i popchnęła go w stronę kryształowego pałacu. Ponury Ryan, ruszył powoli za nimi. 

****

Chwilę później stanęli przed drzwiami do pałacu. 
- Tylko się nie przestraszcie.- rzuciła przez ramię Ariel, lecz zanim mężczyźni zapytać o co chodzi, dziewczyna otworzyła wrote zwinnym ruchem. W środku panowały egipskie ciemności, a jedyne źródło światła stanowiła pochodnia umieszczona tuż przy tronie Xaviera. Nawet okna były zakryte mrocznymi płachtami. 
- Idźcie za mną. Tylko powoli.- szepnęła do nich Ariel i zaczęła kroczyć na przód. Obaj mężczyźni uczynili tak, jak im nakazała. Wraz z ich krokami, zapalały się kolejne, dotychczas niewidoczne pochodnie, umieszczone na ścianach. Riven dopiero teraz zdołał dostrzec tłum ludzi ustawionych w okręgu. Nie mógł jednak ich zidentyfikować, gdyż nawet oni byli poubierani w czarne peleryny. W pewnym momencie Ariel gwałtownie zatrzymała się. Przytomny Ryan, pociągnął za ramię Rivena, który rozglądając się po komnacie, kompletnie tego nie zauważył. 
- Wejdźcie na podest i stańcie w tych wyrytych kołach.- przekazała im szeptem po czym stanęła niedaleko tronu, na którym siedział jej Ojciec. Ryan, wymienił z Rivenem chwilowe spojrzenia, po czym oboje znów wykonali to, co im kazano. Kiedy tylko stanęli w wyznaczonych miejscach, natychmiast wzniosła się szklana powłoka, która na pierwszy rzut oka uwięziła mężczyzn. Pomimo, iż w tej sytuacji powinien był odczuć jakiś niepokój, czuł się całkowicie spokojny. Usłyszał także jakieś szepty. Rozejrzał się i dzięki skromnemu światłu, które zapewniały już wszystkie zapalone pochodnie zdołał dostrzec, iż wszystkie postacie mają złożone ręce i wymawiają jakieś formuły, w obcym dla niego języku. Wyglądali tak, jakby się modlili. Nagle, poczuł jak okrągłe podłoże, na którym obecnie stał, powoli uniosło się do góry. U Ryana, wszystko działo się tak samo. Nagle, główna płyta rozsunęła się. Wtedy, wszyscy zaprzestali modlitwy i niemalże jednocześnie zdjęli ciemne nakrycia i uklękli. Xavier wstał i rozłożył ręce. Z zagadkowej szpary, błysnęło nagle tajemniczym światłem, a chwilę później po komnacie zaczęły tańczyć jakieś złociste iskierki. Wszyscy z zachwytem obserwowali to widowisko. Niektórzy widzieli to już dziesiąty raz, a i tak, zawsze ten widok zapierał im dech w piersiach. Niedługo potem usłyszeli jakiś dźwięk, który z jednej strony uspokajał, a z drugiej budził niepokój. Riven rozejrzał się po komnacie. Zdecydowanie należał teraz do tej drugiej grupy. Ryan natomiast, był całkowicie spokojny. Niespodziewanie, przynajmniej dla Rivena, ze szpary wyleciał piękny ptak. Jego blask niemalże lekko go oślepiał. Rozłożył dumnie skrzydła i jeszcze raz wydał ten sam odgłos. Przez ciało specjalisty jeszcze raz przebiegły dreszcze. Wpatrywał się w ten piękny okaz. Teraz już zrozumiał z czym ma do czynienia. Z samym Feniksem. Świetlistym Feniksem. To od niego, wzięła się nazwa całego Zakonu. Następnie ptak zaczął latać po pomieszczeniu zataczając okazały okrąg, a złote iskierki podleciały do dwóch nowicjuszy i poczęły krążyć wokół nich. Specjalista poczuł dziwne łaskotanie na całym ciele, a jego napięte mięśnie rozluźniły się praktycznie od razu. Tak dobrze nie czuł się już dawno. Przymknął oczy i zapragnął, aby ta chwila trwała po prostu wiecznie. Tymczasem wszyscy pozostali czekali ze zniecierpliwieniem na finał Ceremonii.  W końcu to się stało. Obie kolumny zapłonęły świetlistym blaskiem, co świadczyło o pomyślnym przejściu całego procesu. Lewitujące okręgi powoli opadły wbijając się na nowo w ziemię, a szklane kopuły zniknęły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nagle Riven poczuł jak coś ciężkiego spoczywa na jego ciele. Spojrzał w dół i spostrzegł, że zamiast zwykłego ubrania ma na sobie zbroję wykonaną z najprawdziwszego złota. Z prawej strony miał wyryty herb, który widział już sporo razy, a z lewej strony widniała liczba 20. Nie wiedział, co ona oznacza, ale nie zastanawiał się teraz nad tym. Iskry, w pewnej chwili rozprysły się, wywołując efekt podobny do fajerwerek. Ptak jeszcze raz przemówił, a następnie wrócił tam, stąd przyszedł. Po tym wszystkim ludzie zgromadzeni w kole, wstali i zaczęli bić głośne brawa. Pochodnie zgasły, a okna ponownie zostały odsłonięte. Wszystko wróciło do normy. 
- Witajcie w naszym gronie!- przemówił Xavier, a wszyscy jeszcze raz zawiwatowali. 
Niestety, ich radość nie potrwała długo, iż uruchomiła się mapa holograficzna, pokazując migający, czerwony punkcik. 
- Niestety, nie będziemy teraz świętować. Jesteśmy wzywani na Melodię, wyruszamy natychmiast.- ogłosił Xavier, a Riven wyraźnie drgnął. 



****

Spacerując samotnie po plaży nagle, do jej uszu dobiegła niezwykła melodia. Przystanęła z wrażenia, gwałtownie się rozglądając, próbując zlokalizować źródło dźwięku. Wytężyła słuch i szybkim marszem, ruszyła, kierując się wspomnianym zmysłem. Przedarła się przez gałęzie i znalazła się nad niewielkim jeziorkiem. Nie pamiętała zbyt dobrze tego miejsca, pewnie dawno jej tu nie było. Było to urocze miejsce. Na środku zbiornika wodnego, w którym woda pluskała wesoło znajdowała się niewielka wysepka, na którą można było się dostać poprzez uroczy, drewniany mostek. To właśnie stamtąd czarodziejka słyszała tą piękną melodię. Nie zastanawiając się długo przedostała się na wysepkę i najciszej jak umiała, podeszła bliżej do brzegu, na którym siedział Orlando, grający na lutni. Dziewczyna uśmiechnęła się, czując jak wydawana przez instrument melodia pieści jej uszy. Młody mężczyzna zaimponował ją perfekcyjną grą, nie miała pojęcia, że można tak grać. Po cichu przysiadła obok, jednak on był tak zajęty, że nawet jej nie zauważył. 
- Nieźle.- skomentowała, kiedy przestał grać. Podskoczył w pierwszej chwili, bo nie spodziewał się tu nikogo. 
- Dzięki.- odpowiedział aksamitnym barytonem, uśmiechając się przy tym. Musa także się uśmiechnęła, nie wiedziała nawet dlaczego to zrobiła, może dlatego, że ten jego uśmiech był cholernie zaraźliwy? 
- Od jak dawna grasz?
- Praktycznie od zawsze.- odpowiedział uśmiechając się ponownie.- Lubię to robić, to mnie odpręża. 
- Doskonale to rozumiem.- przyznała, zapatrzona w krystalicznie czystą wodę.- Powiedz, co myślisz o tym całym ślubie?- zapytała niespodziewanie, przykuwając tym samym uwagę mężczyzny. 
- Pewnie mi nie uwierzysz, ale ja też dowiedziałem się o tym parę dni wcześniej.- oznajmił.-  I wcale nie dziwię się twojej reakcji. Też byłem wściekły.- przyznał.
- Dobrze wiedzieć, że nie jestem osamotniona.- zaśmiała się.
- Może to staromodne, ale moim zdaniem ludzie powinni pobierać się z miłości, a nie dla jakiegoś tam sojuszu.
- A skąd ty wiesz o sojuszu?- zdziwiła się czarodziejka.
- Domyśliłem się tego.- Orlando wzruszył teatralnie ramionami.
- I co teraz mamy zrobić, Twoim zdaniem? 
- Chyba nie mamy wyboru.- westchnął mężczyzna.- W końcu chodzi o dobro naszych planet. 
- Czyli mamy wziąć ślub, wbrew sobie?- mruknęła czarodziejka z wyraźnym niezadowoleniem.
- Cóż..przynajmniej ogłosimy zaręczyny, dla świętego spokoju. Będziemy zwlekać z datą ślubu ile tylko się da, być może do tego czasu sprawa jakoś rozejdzie się po kościach.
- Miejmy nadzieję.- westchnęła czarodziejka.- To znaczy...nie zrozum mnie źle, wydajesz się być w porządku, no ale..
- Nie przejmuj się.- przerwał jej natychmiast.- Wszystko rozumiem. 
Musa przytaknęła. Ku własnemu zdumieniu, bardzo dobrze czuła się w jego towarzystwie. 
- Gdzie leży Calmness?- zapytała nagle, znowu zwracając na siebie uwagę mężczyzny.- Nigdy o niej nie słyszałam.
- Niewielu ludzi o niej wie.- przyznał Orlando.- To niewielka planeta, leżąca praktycznie na granicy Magicznego Wymiaru. Czerpiemy energię z ciszy. Medytując osiągamy wewnętrzny spokój i to jest nasza siła. Nie mamy zwyczaju pchać się do konfliktów, jednak teraz, jeżeli będzie taka potrzeba, staniemy do walki w obronie Melodii. Między innymi przez ten pakt. 
- Czerpiecie energię z ciszy i medytacji, a ty grasz na lutni?- zaśmiała się Musa.
- Jestem wyjątkiem.- uśmiechnął się i powoli wstał. Czarodziejka podążyła za jego przykładem. Pora zrealizować ich plan. 



****

*- Proszę nie pytajcie co mi na mózg padło, kiedy wprowadziłam go do opowiadania xD. Cóż..ponieważ jestem leniem, poszłam na łatwiznę i obsadziłam rolę księcia gotową postacią, zamiast wymyślać kogoś zupełnie nowego. Tak więc Orlando od tej chwili widnieje w zakładce "Heroes". 
Cóż..W KOŃCU...przedstawiam wam 21 rozdział. Wiem, że totalnie zawaliłam sprawę, no ale ostatnio ciężko u mnie z weną i wolnym czasem. Ostatnio narobiłam sobie zaległości w szkole, poprzez nieszczęśliwy wypadek, no i naprawdę ciężko mi było coś naskrobać, ale mam nadzieję, że jakoś się zrehabilitowałam po masakrycznie długiej nieobecności. 
W tym rozdziale miały być jeszcze dwie sceny, ale uznałam, że będzie on za długi, dlatego przeniosę te sceny do następnego rozdziału..
Kolejna sprawa, chcieliście Laylę i Nabu..cóż..oni będą, na pewno będą i to już niedługo. Kto wie, może nawet w kolejnym rozdziale..także proszę o cierpliwość w tej kwestii, nie zapomniałam o nich :). Przepraszam także za wszystkie błędy ortograficzne, czy też interpunkcyjne.
 To tyle..no i gdybym już nie zdążyła, to oczywiście wszystkim życzę WESOŁYCH ŚWIĄT! <3.